Dzieci pojechały do taty, a ja skosiłam trawę i zajęłam się czymś co chodziło mi od jakiegoś czasu po głowie…
Primo: zasadziłam kwitnące latem kwiaty do donicy przed domem. Jeżówkę (to różowe) i nachyłka (żółte). Oba kwiatki są wieloletnie, ale jeśli wytrzymają do końca sierpnia, przy moim natężeniu wakacyjnych turnusów, to będzie doskonale. Wiosenne bratki padły jakiś czas temu, w ich miejscu pojawiły się jakieś zielone chwasto-samosiejki, no a przecież zapylające potrzebują kwiatów i kolorów!
I drugie: reaktywowałam domek dla owadów w ogródku. Obiekt się urwał, więc podwiesiłam go na sznurku (wiem, trzeba by nowy, ale to na kolejną wiosnę) i zalałam wywarem cukro-wody z przewagą cukru. Ciepłym, żeby cukier dobrze się rozpuścił i obkleił elementy. Po co? Podobno ma to spełniać rolę takie sos-szpitala dla pszczół. I rzeczywiście coś koło niego JUŻ brzęczy.
Będąc w ogrodniczym wyrobiłam sobie też kartę stałego klienta, bo za dwa miesiące będę sadzić wrzosy!


