Ze wszystkich złych rzeczy jakie się dzieją na świecie najbardziej porusza mnie ekologia. Łudzę się, że być może są to sprawy rozdmuchiwane i sytuacja nie jest aż tak tragiczna, bo jeżeli to prawda to jesteśmy u progu czegoś strasznego.
Na ostatnich Targach Książki kupiłam sobie audiobooka „Historia pszczół”. Jest świetny, przesłuchałam i przekazałam Lutce, która też go już finiszuje. Autorka to norweska pisarka, która przez pryzmat ludzkich historii pisze o katastrofach ekologicznych. Bohaterami są trzy osoby. Jedna żyjąca ok 100 lat temu, druga teraz, a trzecia za ok 100 lat. I postapokaliptyczny świat jest straszny. Odetchnęłam z ulga, że to nie my. Ale okazało się, że ten utopijny świat, gdzie nie ma żadnych owadów zapylających, na świecie panuje głód, a ludzie zapylają drzewa ręcznie, już się dzieje. W Chinach jest cała prowincja, gdzie w latach ’80 pszczoły wyginęły i ludzie zapylają ręcznie (tu, a niżej real foto). Uzasadnia się to tym, że owoce są dorodniejsze, ale pomyślcie co by było gdyby była to JEDYNA możliwość! A Colony Collapse Disorder, czyli masowe ginięcie rojów już się zaczęło!
Na twitterze macie apel Greenpece-u. Ja nie wiem na ile to jest skuteczne, ale podpisałam. Pszczoły giną od pestycydów, od zanieczyszczeń i podobno przeszkadzają im telefonie komórkowe przez rodzaj fal jakie wytwarzają. Ula sobie w ogródku nie postawię, ale podobno TRZEBA mieć jak najwięcej kwiatów. Gdy widzimy osłabioną pszczołę możemy ją uratować cukrem rozpuszczonym w łyżce wody (postawić gdzieś obok tę łyżkę i ona temat ogarnie). Na Wyspach zginęło ponad 50% owadów zapylających, giną w całej Europie i byliśmy bastionem zdrowych pszczół.

By tak fatalistycznie nie kończyć dorzucę, że PRZYRODA jest silna, i chociaż naukowcy pracują nad sztucznymi trzmielami myślę, że jeszcze nie raz nas pokona 🙂
