O piątej rano do łóżka przyszła mi Lila. Bo boli ją głowa. Pęka… Pękać nie pękała, ale panna miała gorączkę. Powiedziałam: dziś zostajesz w domu, poczytasz Mikołajka (lektura). Łucja na to strzeliła focha, że jej „bólami głowy” nikt się nie przejmuje i w ramach buntu nie poszła na pierwszą lekcję. W końcu wypchnęłam ją z domu i pojechałam na jedną z nieprzewidzianych atrakcji na ten tydzień, czyli badanie techniczne Daczki. Auto nie jest do końca sprawne (należy wymienić hamulce i są luzy na czymś tam), ale gość podbił! I to jest bardzo dobra wiadomość 🙂 A jak już w końcu wróciłam do domu zahaczając o rynek (fasolka tanieje, truskawki jeszcze średnio) panna Liliana w magiczny sposób ozdrowiała. Teraz co prawda postanowiła odespać tę nagłą pobudkę, ale to chyba akurat dobrze 🙂
I mamy kolejnego klona Dzióbka… Bo wyobraźcie sobie Dzióbek ZNOWU zaginął!!!!??! I początkowo nie zamierzałam nic z tym robić (już minęły 2 miesiące), ale każdą historię o pluszakach Mieszko zaczyna słowami: Miałem kiedyś SYNA. Miał na imię Dzióbek… Nie mogłam tego słuchać, więc zamówiłam kolejnego. Pewnego razu wszystkie się znajdą i nadamy im wtedy numery 😉

