Dziś skoro świt na Zieloną Szkołę pojechał Mieszko. Wczoraj zrobiliśmy zakupy (snaczki i mini MĘSKI żel pod prysznic), noc spędził w MOIM łózku, a rano zanim go obudziłam zrobiłam mu kanapki. Przed autokarem było szaleństwo emocji, ale jak w końcu się usadzili, to jako rodzice zgodnie stwierdziliśmy, że w nocy obkleją panią Beatę. Bo dla większości dzieci to pierwszy samodzielny wyjazd. Mieszko też u nikogo SAM nie nocował, bo nawet u dziadków zawsze jest z siostrami.
Rozczulił mnie rano jeden moment. Kiedy ja tak biegałam po kuchni on zszedł ubrany z góry i siadł na kanapie. Siadł taki skulony, embrionalny. Przypomniało mi się, że ja też tak siadałam. Jak jechaliśmy gdzieś z rodzicami, to oni się pakowali, mama robiła jakieś kanapki, a ja siedziałam taka skulona. Pamiętam ten moment 🙂 A taki był rano tej mój cudowny karateka (wiecie, że on jest najlepszy w swojej grupie w tym opanowaniu kat-ów?):

<><>
Utknęłam gdzieś poza domem w wirze jakichś spraw i przyszedł esemes od Łucji: „Życie jest bez sensu„. Odpisałam: „To włącz pralkę” (była załadowana, wystarczyło tylko wcisnąć przycisk). Niedługo później byłam w domu. Wchodzę a panna siedzi z kubełkiem lodów.
- Wiem, że to nie TO, więc o co chodzi?
- Nienawidzę matematyki.
- Dodatkowej?
- Tak.
- Tylko do końca czerwca. Obiecuję.
Rzeczywiście nie leży jej pani z dodatkowej matematyki. Bardzo jej ten program wspomagający pomógł, ale ta końcówka idzie nam w bólach. Panna ma nawet taką tabelkę, gdzie niczym więzień odhacza sobie ILE jeszcze jej zostało :)
