Ostatni weekend z Łucją jako gościem (wraca w niedzielę wieczorem do sanatorium, a w poniedziałek rano mamy wypis) rozpoczęliśmy od przyjęcia 🙂 Zadzwoniła do mnie koleżanka mamy Łucji, czy panna może przyjść na urodziny jej córki. No więc mogła 🙂 Pojechałam tylko rano się przebiec, potem odebrałam Łucję, a potem pojechałyśmy na imprezę. Odbywała się w jednej z tych manufaktur ciast i cukierków i chociaż dorośli nic tam nie jedli, bo wszyscy na diecie, to ja nie odmówiłam sobie właściwie nic 🙂 W końcu rano przebiegłam 5 kilometrów! ;p
No a potem ruszyliśmy już całą ekipą na Targi Minerałów. Cele mieliśmy dwa. Po pierwsze kupić prezenty dla gości na urodziny Mieszka. I znaleźliśmy fajne stanowisko z nieoszlifowanymi górskimi kryształami z Brazylii (SĄ). A po drugie chcieliśmy zobaczyć największy meteoryt jaki uderzył w Europę. I też zobaczyliśmy i było to niezłe. Najbardziej poruszony był chyba Mieszko, bo ten gwiezdny kamulec posiadał dwa pierwiastki nie występujące na ziemi (prawie jak KRYPTONIT) i był starszy niż ZIEMIA… Wchodził w skład deszczu meteorytów, które łupnęły gdzieś koło Poznania i do tej pory oglądali go wyłącznie naukowcy. No i teraz już MY! 😀
A potem mieliśmy śmieszną przygodę, bo Łucji było zimno, więc zamieniłam się z nią na kurtki, żeby nie marudziła. Nałożyła mój biedronkowy puchowy płaszcz, a ja wzięłam jej kusawą kurteczkę. Ręce na długość były dobre, w pasie ledwo się dopięłam, a kończyła mi się w górnej części pośladków 🙂 Ale nawet, jak tak mignęłam gdzieś tam sobie w odbiciu, się sobie podobałam. Taka mocno fit ;)
