W tej świątecznej napince udało nam się załatwić dwie ważne rzeczy. Po pierwsze bilans sześciolatka dla Mieszka, który jest potrzebny do szkoły. I tu kolejna sprawa: ponieważ gość ma za 2 tygodnie urodziny (siódme) to zrobiłam mu „bilans siedmiolatka”, a do szkolnej karty przepisaliśmy to co było w styczniu. Raz do roku robię dzieciakom takie kompleksowe badania, żeby lekarz na nich spojrzał (bo tak, to w tych zdrowotnych placówkach nie bywamy). Mam skierowanie na badanie krwi (bo ostatni raz było to robione w 2014) i do ortopedy bo gość zaczyna się wyginać w kręgosłupie podobnie jak dziewczyny. Żaden to dramat, będzie to po prostu związane z większą ilością ćwiczeń.
Zrobiłam również SOBIE badania JA. Ostatni raz badałam się rok temu na wakacje i też chciałam te wszystkie labolatoryjne badania mieć załatwione.
<><>
Poza tym Mieszko miał dziś swoje Jasełka, gdzie występowali przed innymi klasami, Lila dostała piątkę na koniec semestru z matmy i szóstkę ze sprawdzianu z techniki. Jest też przełom u Łucji, która na sprawdzianie z matmy zarobiła CZWÓRKĘ, i (uwaga!) będzie ją poprawiać na piątkę, bo zabrakło tylko dwóch punktów.
Z porażek to głównie moje bezy, bo zawsze jak się staram to mi NIE wychodzą, więc na Wigilię klasową zrobiłyśmy galaretki! Mamy dużo małych plastikowych kubeczków, bo na początku roku pani podzieliła klasę na grupy i każda grupa raz w miesiącu ma/miała przygotować jakiś koktajl owocowy. Łucja znalazła się w grupie czerwonych owoców i moim wkładem były granaty i plastikowe kubeczki. Kubeczków było w opakowaniu 100, zużyliśmy 24, więc kolejne zużywamy przy różnych okazjach.
Niżej galaretki i bezy (te, które się nadawały) przełożone kremem czekoladowym. Obok nich pikery: złote koła z literami tworzącymi napis English Lesson, które Łucja chwilę przed podaniem wbiła w krem.

