Jaki był?

Dobry. Będę się powtarzać, ale 2014 i 2015 były takimi dołami, że inaczej niż do góry nie może być. Co prawda w Biegnącej pisze, że czasem ktoś jest na dole tak długo, że wydaje mu się, że to szczyt, ale mam nadzieję, że to to nie ten przypadek.

Rzecz najważniejsza w moim życiu, czyli dzieci, to nieustanne pasmo dumy i radości. Banał, ale są dla mnie i dla SIEBIE wsparciem, nie mają problemów w szkole i są lubiane przez rówieśników. Mieszko rozpoczął zerówkę, wpadł w środowisko zupełnie sobie obce i błyskawicznie się odnalazł. Łucja weszła w okres nastoletni, szkolne relacje przypominają intrygi w Niebezpiecznych Związkach, ale na linii ja-ona jest łagodnie. Lila to Lila, jest bezkonfliktowa i zabawna, więc przyjaciół też nie brakuje, a zupełnie nie wiadomo skąd okazała się również pilna i ambitna.

Było sportowo. Ja zrobiłam koronę dziesiątek, wybitnym biegaczem okazała się Lila, a obiecującym Mieszko. W mój klub biegowy wciągnęłam znajomą i wspólnie będziemy w nim dalej. W lecie pływałam na kajakach i ogólnie dużo ćwiczyłam co naturalną koleją rzeczy przełożyło się na to jak się czuję i wyglądam. Btw. odebrałam wczoraj wyniki badań moje i Łucji i też wszystkie parametry są w porządku. Super.

Pojawiła mi się cała gromada społecznych zależności. Weszłam w środowisko dziewczyn pin-upowych oraz utworzona została ekipa towarzyska na mojej siłowni. Spotkania i w jednej i drugiej grupie są raz po raz, tylko czasu brakuje… No i rzecz chyba najważniejsza: pojawił się Jerzy. Naprawdę nie wiem dokąd my zmierzamy, lecz oboje byliśmy bardzo samotni, oboje mamy duże urazy i skrzywienia jeśli chodzi o relacje damsko-męskie i bardzo już sobie pomogliśmy. Mam wrażenie, że ja wygrywam w tym związku więcej, ale nie skarży się jakoś bardzo 🙂

Kulturalnie i rozwojowo też nie mogę narzekać. Chodziłam na różne festiwale opowiadania, cykle filmowe, kursy taneczne, warsztaty kulinarne, rękodzielnicze (motanki z Łucją) i spotkania quazi-psychologiczne. Słabo za to stały finanse. Właściwie to była absolutna katastrofa. Nie wiadomo skąd wypływały jakieś zaległe płatności i opłaty. Łupało tak, że w którymś momencie to już nie wiedziałam co robić. Zakończył się również pewien rodzaj współpracy, który trwał wiele lat, więc nowy rok rozpoczyna się od zmian zawodowych. Jestem w trakcie szkolenia, ale nie wiem jak to się potoczy dalej.

 

Globalnie ekscytowaliśmy się Brexitem, tym, że Trump został prezydentem oraz straszącą bronią jądrową Koreą. Bardzo nasiliły się ruchy walczących o prawa kobiet, a w Polsce walka o puszczę.  Ruszyła nam też kolejna reforma szkolnictwa. Całe lato dokuczały nawałnice i huragany. Zimne i późne było to lato. Łucja była w sanatorium, dziewczyny były na koloniach. Odeszła Sziwa, a doszła Miaustra.

 

W kategorii naj wygrywają:

Muzyka: tu lider może być jeden. Despacito to hit jakiego nie było od dawna, chociaż gdybym miała wyodrębnić zespół to Alle Farben, co nie wypuścili to było hitem. Pod koniec roku podoba mi się też Lost Frequencies, ale oni w podsumowaniach rocznych się już pojawiali.

Słowo: XD. Trąbią o tym, we wszystkich radiach 😉 XD to taki znaczek jaki nastolatki dają na koniec wiadomości. To taki wielki uśmiech, wielki WOW. Jest to do tego stopnia powszechne, że na pożegnanie też rzucają do siebie: To XD!

Potrawa: pierogi. Odkrycie lata, czyli przełom w diecie dzieci. Coś czego NIE jadały. Ja odkryłam ciasto filo i rozpoczęłam robienie serników na zimno.

Seriale: te osadzone w latach ’70 były dla mnie najciekawsze. Są zabawne, dokładne i inne. Kroniki Times Square, Mindhunter i Glow.

Napój: lodowe i rozgrzewające herbaty. Odkryłam również wspaniałą czarną herbatę.

Gra: Floor is lava 🙂 Ulubiona gra dzieci i chyba najczęściej hasłowana w necie.

Kosmetyki: tu typów jest kilka… Zaczęłam zamawiać koreańskie i naprawdę są w porządku (przekonałam się do maseczek-„płacht” i jestem ich wielką fanką). Cały czas lubię też wpaść do zielarskich i uważam, że tonik Sylveco nie ma sobie równych. No i jest jeszcze Dermosan, który używa strasznie dużo znanych mi osób i przydaje się też nam (to jest kosmetyk, który ratuje np. pierzchnące usta Łuczy).

Kolorówka: odkryłam paletki i to jest świetne. Czasem jesteśmy bledsze, czasem opalone i jedna szminka nic nie rozwiązuje. Mam zestaw korektorów, różów i szminek. Budzi to duża emocję dziewczyn, więc raz po raz szminki mi gdzieś znikają…

Kolor: i tu mam zgryza, ale chyba najmocniej mnie znosiło do takiego cukierkowego różu :/ Niezła była akcja w Mindhunter, kiedy naczelnik więzienia mówi to głównego bohatera: Pomalowaliśmy to na różowo bo ten kolor podobno uspokaja. I ten pyta, czy pomogło, a wtedy pada odpowiedź: Nie wiem, bo obgryźli od razu.

Pozytywna akcja: #mariusz. Sytuacja była taka, że poszedł koleś do pubu na wyspach. I zostawił całą wypłatę. Kopertę z napisem Mariusz. Właściciel gdy ją znalazł uruchomił akcję w internecie, w którą włączyła się również autorka Harry Pottera. Gość tymczasem doleciał do Polski, wrócił do swojej rodziny i NAWET nic się żonie nie przyznał. Lecz jego nastoletni syn trafił na akcję #mariusz i zapytał się: Tato, czy to Ty? 😀

 

Nie wiem jak NAM wyjdzie świętowanie, ale Wy bawcie się dobrze! XD

Szczęśliwego Nowego Roku!!!





Każdy z nas został kiedyś przyłapany przez własną matkę

– Mindhunter

Pamiętacie, że byłam na zajęciach z profilowania? Dostałam tam listę seriali do obejrzenia i właśnie finiszuję pierwszy z listy. Trudne to, bo bez dzieci mam mało prasowania, a jednak bym chciała przyjemne z pożytecznym łączyć, więc również jem przed telewizorem, zszywam jakieś dziurawe zaległości w dziecięcej odzieży oraz wypruwam metki. Bo serial Mindhunter jest szałowy. Rzecz się dzieje w latach ’70, kiedy w Quantico powstał dział behawioralny i badacze próbują przekonać szefów, że warto wiedzieć co inni ludzie myślą i jak planują swoje działania. Kolejne z listy to Manhunt: Unabomber; Luther; The Fall (dwa sezony dawno temu były) oraz The Following (próbowałam już kiedyś, ale wtedy nie zaskoczyło).

Koniec roku zakończyłam spotkaniem biegowym. To było takie specjalne spotkanie dla biegaczy, mieliśmy stacje na trasie, gdzie wykonywaliśmy RÓŻNE ćwiczenia tanecznie 🙂 Np. takie skipy A, parami w rytm Georga Michaela. Extra. Potem nas zgonili do jednej knajpy, gdzie najpierw dostaliśmy śniadanie, a potem był cd sekcji tanecznej. Bo jeden z biegaczy jest tancerzem, ma jakieś tytuły mistrzowskie i przygotował dla nas lekcje rock&rolla 🙂 Także umiem nogami robić jak Elvis!!! :DD Teraz sprzątam, szoruję na mokro te dziecięce dywany i nawet znalazłam jedną zaległą książkę ze szkolnej biblioteki (to wyjątkowo dobra wiadomość). Do sklepów konsekwentnie nie jeżdżę, czeka mnie więc kolejny dzień z kaszą, cebulą i makaronem… (mam też sporo jabłek i jajek – nie zginę 🙂

Rekreacyjnie, roz-spinkowo mam dla Was trzy zabawne obrazki. Wczoraj widziałam się z bratem i próbował zrobić zdjęcie Miaustrze. Nie udało MU się to, bo koty są trudne do fotografowania. Jakby nie było cykl niżej nazywa się: „Kiedy próbujesz im zrobić ładną fotografię, a ON taki jak zawsze”…

Snow is falling…

Zrobiłam już podsumowanie domowe, odzieżowe, czas na sportowe 😉 Miałam kiedyś taki plan, że co 2-3 miesiące nasz dom będzie uzupełniany przez sportowy gadżet. Pomijając więc pokaźny stos sportowych stroi doszła w tym roku rolka, piłka do fittballa dla Łucji i rower na komunię Lilki. Jednakże ta druga była tak mocno eksploatowana, że ją przedziurawiono 😀

Natomiast mój klub biegowy zrobił nam na koniec roku test Coopera. To taki sprawdzian wytrzymałościowy polegający na ciągłym biegu na bieżni przez 12 minut. I teraz tak… To nie jest mój najlepszy czas. Gdybym utrzymała to tempo to 10 km przebiegam w 59 minut, a na wiosnę było 56. Cały czas plasuje mnie to w grupie czerwonej, czyli najsłabszej, ale jak sprawdzam mój wynik (2240metrów) w tabeli wiekowej to okazuje się, że jestem w zakładce DOBRZE i to w górnych widełkach tego okienka (1900-2300). Test warto powtarzać i jest dla mnie jakiś takim ważnym parametrem.

<><>

Realizuję tu sobie spokojnie punkt za punktem z listy, a dzieci tymczasem mają cudnie! Jak wjeżdżają kolejką w góry to śniegu nie brakuje, a jak zjeżdżają do włoskiego miasteczka w dolinie to pogoda jest niemalże wiosenna 🙂 Chodzą do narciarskich szkółek (Mieszko do innej niż dziewczyny) i radzą sobie na nartach coraz lepiej!

Projekt dom- podsumowanie 2017

Zaczynamy podsumowania i na pierwszy ogień wrzucam DOM.

Co się udało? Całkiem sporo. W lecie zrobiłam podmalowanie ścian, malowanie leżaków i parapetów. Ciasteczkowy naprawił dwa niesprawne od lat punkty świetlne i to też super. Wymienił też uszczelki w odpływie zlewu, raz przepychaliśmy go razem i podłączył pralkę. Było jedno dużo przyjęcie w domu (komunia Lilki) i też organizacyjnie dało radę. Zabrałam się za ogródek i dzięki podarowanej drabince podparłam jeden leżący krzak. Zakwitł mi w końcu hibiskus i znalazłam w gospodarczym anty-mech, którym muszę na wiosnę spryskać trawnik. Z takich małych rzeczy w marcu urwały mi się drzwiczki w kuchni i SAMA sobie je wymieniłam. Wieszaliśmy wianki i sadziłam kwiaty w donicy przed domem. Miałam też dużo kwiatów w domu, właściwie całą wiosnę i lato.

Co się NIE udało? Zmiana tapicerki w komplecie wypoczynkowym na dole… Aaaale, Jerzy ma kumpla tapicera i właściwie jestem z nim już umówiona, więc jest szansa, że w 2018 to w końcu zrobię. Nie wycyklinowałam też podłóg, ale też jest KUMPEL cykliniarz, więc może latem mi się uda to zrobić. Z rzeczy zaplanowanych na 2017 nie ruszyłam lampy na dole, ale z lampą będzie się działo (o tym będzie w styczniu). Za to… zamówiłam żarówki z taką płonącą diodą, lecz nie mam pojęcia, kiedy dotrą. Nie kupiłam mopa, bo bez psa nie jest aż tak konieczny,  natomiast kupiłam żelazko, które po miesiącu się rozwaliło :/

W porównaniu do lat poprzednich doszło mało, ale były to rzeczy ważne. Paradoksalnie największą frajdę sprawił nam nowy dywanik do łazienki. Jak go położyłam do dzieciaki chodziły po nim na bosaka w tę i z powrotem. Chyba więc korzystając z wyprzedaży kupię jeszcze jeden 😉 Ważnym elementem było też biurko dla Mieszka, które dostał w styczniu i krzesełko, które doszło pół roku później. Lubi przy nim siedzieć i chyba nie wyobraża sobie swojego pokoju bez tego elementu. Doszło kilka skorupek (nasz ulubiony pojemnik do zimnych serników), talerzyki deserowe, patera i imbryczki, w których na okrągło zaparzam rozgrzewające herbaty.

W kwietniu padła pralka i doszła NOWA. Pierze wspaniale, nie robią się plamy i to jest wyjątkowo przyjemne 🙂 Umocowałam też moje biegowe medale. Cały czas dość prowizorycznie, ale jest zdecydowanie lepiej niż na klamce do sypialni… TERAZ wiszą na nieużywanej bramce do blokowania schodów. Przerobiłam też stojącą lampę w pokoju Mieszka i wygrałam chwilę czasu do kupienia nowej. Do projektu dom wrzucę też zakup sporej ilości różnokolorowych skrawków materiału, z których jeszcze nie wiem co będę robić, choć przydały się już nam przy szyciu serduszek do wianka.

2018?

No cóż… Przechodzi kanapa – bo jest obrzydliwa, cały czas leżą na niej narzuty, ale ma bardzo dobry kształt, wiec muszę ją po prostu obić. Powinnam również pamiętać o podsypaniu antymchem ogrodu. Cyklinowanie dołu obowiązkowo. Jeszcze w lecie zepsuła mi się kuchenka i nie działa jeden, najmocniejszy, palnik. Jerzy coś gdyba, że to może bezpiecznik, jeśli by się udało wymienić to było by idealnie. Poniszczyłam małe narzędzia kuchenne. Nie mam otwieracza do konserw (od 3 miesięcy otwieram puszki nożem jak skaut) i dobrego podbieraka. To nie jest duży wydatek, ale ciągle mi to ucieka. Cieszę się, że nie muszę kupować biurek i że nie szykują mi się duże imprezy.

Trzy na plusie…

A Wam, misiaczki, ile przybyło? 😉 Jakby nie było, u mnie, pierwsze kroki (szurająco-jeżdżące) do zrzucania rozpoczęte!

 

Na czas niebytności dzieci zaplanowałam sobie kilka rzeczy.

  • Zapisałam się na dwa biegowe treningi i tradycyjnie powrzucam sobie siłownię.
  • Chcę zrobić porządek w przyprawach. Przerobiłam już słodkie (budynie, aromaty, kisiele i proszki do pieczenia), a teraz muszę przejrzeć całą, dużo większą, resztę. Co się jeszcze nadaje, może coś można gdzieś przesypać, czego nie mam, a czego mam za dużo.
  • Chcę zmienić pościel sobie i dzieciom oraz ogarnąć ich pokoje. Może znowu zrobię dywany na mokro?
  • Posegregować puste woreczki adwentowe i wyprać plecaki.
  • Dziś byłam w Łodzi, jakieś tam formularze powypełniać i bardzo bym chciała, żeby w 1-szym tygodniu stycznia zrobić choć kawałek praktyk.
  • W planie a)na 7.01 chciałam zrobić Mieszkowi urodziny. Dzieci wracają szóstego, więc ja w pierwszym tygodniu zaniosłabym do szkoły zaproszenia. Ale ponieważ prognozy mówią, że nie będzie śniegu to urodziny przesuwamy na później.  Btw. podobno śnieg ma sypnąć jakoś pod koniec zimy. Niemniej jednak chcę podjechać do hurtowni po niebieskie lampiony.
  • Nie zaplanowałam żadnych wydarzeń kulturalno-tanecznych, bo tak naprawdę nie bardzo jest kiedy…
  • Plus jedna wizyta urzędowa. Dziś były pozamykane, więc może jutro?
  • I podsumowania, podsumowania roku będą robione!

Sylwester będzie statecznie. Kompan jest nie do ruszenia, bo nie lubi ZIMY i ma plan ją po prostu przeczekać. Zresztą mam TEŻ plany zakupowe, więc wyjazdowe wydatki mi nie na rękę. Dziewczyny na listach do Mikołaja miały sukienki, golfiki i spódnice i obiecałam im, że nawet jak Mikołaj nic nie przyniesie (i rzeczywiście raczej było skromnie) to ja na wyprzedażach popoluję (realnie wszystko jest teraz o połowę tańsze! :0)

Kocie święta

  • Chyba na święta najbardziej lubię karpia w galarecie. Tatuś, a Ty?
  • Ja smażonego karpia. Lucia chyba też.
  • Lubię, ale najbardziej chyba jednak czerwony barszcz.

Podobno nasze wigilijne menu jest najzdrowsze na świecie. Żaden inny naród nie skomponował tak wyważonych dietetycznie dań 🙂 Ja tą galaretę z karpia to mogłabym cały rok jeść. Natomiast zrobiłam w tym roku zupę rybną. Lata jej nie robiłam, jej zawsze wychodzi ZA dużo, ale skoro nie było dzieci, dla których ona jest obrzydliwa, ruszyłam wczoraj rano z gotowaniem. Nie udało mi się kupić samych ogonów (bo najpierw przygotowywałam wywar), więc kupiłam całe ryby i je po prostu sprawiłam. Zupa była z ryb morskich (łosoś, halibut, dorsz i dwie małe flądry, które poza jakimiś skrawkami poszły na wywar) i dorzuciłam do niej podgrzane na patelni krewetki. Starałam się zmniejszyć proporcje, lecz i tak wyszło sporo. Pierwszy tester, ubrany w KOLOROWE skarpetki, spróbował jej około 13-stej (wczoraj) i uznał za DOBRE. Resztę więc wstawiłam do auta i pojechałam na obiad do dziadków!

 

Te zapachy gotującej się ryby doprowadzały koty do szału 🙂 Za czasów Klarensa tej zupy nie robiłam i on niemalże z garnka wyciągał kawałki gotującej się ryby 🙂 Lodówkę mam pełną, choć nie przepełnioną, bo Lutka też wprowadziła w tym roku wariant minimum, dziadki dziś rano pojechały na Sylwestra, dzieci dotarły na miejsce (podobno wszystko bielutkie i zaśnieżone), czyli czas ruszyć z zajęciówką dla mnie. Co będę robiła, opowiem Wam jutro, bo dziś jeszcze jedziemy na ŁYŻWY (oczywiście w ZBYT kolorowych skarpetkach)…

Pojechały

Najgorsze w rozstaniach wcale nie jest to, że pojawia się ktoś nowy. Emocje naturalnie z czasem wygasają i jeżeli nie jesteś psem ogrodnika to właściwie co tam. Ani to, że wali się domowy budżet i wakacyjne plany. Albo życiowe. Zawsze przecież można przebudować. Kiepskie jest, że musisz wymyślać sobie nowe atrakcje. Bo pojawiają się okienka czasowe, które do tej pory były zajęte. I tu można mówić, że przecież to szansa, żeby się rozwinąć, nauczyć czegoś nowego, albo odżyć. Ale sami dobrze wiecie, że wszyscy ci, którzy Wam mówią: Zobacz jak odżyłaś i ile wspaniałych rzeczy robisz!, g_wno wiedzą, o tym, czego tak naprawdę potrzebowaliśmy. A może nam dobrze było w tym kieracie dzieci-dom-mąż? A może jest w tym coś nienormalnego, że jeśli dobrze się spełnialiśmy w takim rodzinnym kotle, to tego już nie możemy robić?

Czas bez dzieci to bardzo trudny okres. W tym roku pojechały ode mnie wczoraj wieczorem i wrócą dopiero 6 stycznia. I w przyszłym roku NIE chcę Wigilii, a chcę te drugie dwa dni świąt! Mieszko zaczął budować z klocków i zostawił rozgrzebaną budowlę z dyspozycją, żeby nie wchodzić do jego pokoju. I przez dwa tygodnie nie ruszać niczego. A dziewczyny nie zdążyły przymierzyć nowych sukienek. Wracaliśmy od dziadków i we wszystkich mijanych domach, paliło się tylko jedno światło. Czyli cała rodzina siedziała przy wspólnym stole. A my jechaliśmy autem, żeby przekazać ten najbardziej wyszarpywany ładunek, czyli dzieci.

 

Cieszę się, że jest Jerzy, bo składał mnie do kupy w lecie i będzie to robił teraz. I na Sylwestra będę miała komu pomarudzić i w przerwie świątecznej czymś się zająć. Zadzwoniłam wczoraj jak dzieci po tej 19-stej pojechały i koło 21-szej przyjechał. Wszedł, spojrzał na mnie i powiedział: Źle samemu na święta? Przytulił i dodał: Święta są najgorsze.

A żeby nie było, że taki idealny, kwadrans później usłyszałam: Ale dlaczego te skarpetki takie kolorowe? Jeśli je założę będę wyglądał jak pajac! 🙂

Xmas mix

  • Babciu, a jaka zupa będzie na święta?
  • Barszcz z uszkami. Taka zupa jest zawsze na Wigilię – odpowiedziała Lutka wnuczkowi
  • A może być rosół?
  • Rosół?
  • Tak. Wigilijny rosół.
  • …Może być.
  • A na drugie może być potrawka? Wigilijna potrawka?
  • Może być.

<><>

Hej choinka, cho-inka!

Słuchałam w radiu rozmowy z którymś kardynałem. I bardzo mądrze mówił, że w świętach najważniejsza jest atmosfera i spokój. A w prezentach to że je otrzymaliśmy, bo ktoś o nas myślał. Że liczy się gest i intencje. Nie tyle ważny jest obrządek świętowania, a radość i wdzięczność za to, że możemy być razem z innymi ludźmi, którzy są dla nas ważni. Mówił też później jakiś dietetyk, żeby pamiętać, że na święta mamy RÓWNIEŻ TYLKO jeden żołądek i że można dorzucić potrawę lub dwie więcej, ale więcej to już za dużo. I jeszcze zabawnie ktoś opowiadał, że jak rozmowa schodzi na niewygodne tematy (polityka, prokreacja, ożenek) to najlepiej rzucić: Jak pomidorowa to tylko z ryżem i wtedy wszyscy zaczynają się kłócić o RZECZY prawdziwie ważne, czyli z czym tę pomidorową 🙂

 

Miałam kiedyś chłopaka, który nie lubił świąt. Długo byliśmy razem i co grudzień wysłuchiwałam tych gadek o dulszczyźnie i udawaniu, że wszystko jest w porządku (w kontekście wspólnego siedzenia przy stole). I zawsze mnie to drażniło, bo ja święta lubię widzieć jako ten czas rodziny i szczęścia. Mało mam spokoju, a obecna świąteczna logistyka całkowicie mnie z tej beztroski świętowania wybija. Zaraz ruszam z pakowaniem prezentów, jadę po dzieci, które są teraz u jednej babci i jedziemy do dziadków. Powrót jutro wieczorem!

WESOŁYCH! Choinkowych! Smacznych i Radosnych!

przedświąteczna końcówka

W tej świątecznej napince udało nam się załatwić dwie ważne rzeczy. Po pierwsze bilans sześciolatka dla Mieszka, który jest potrzebny do szkoły. I tu kolejna sprawa: ponieważ gość ma za 2 tygodnie urodziny (siódme) to zrobiłam mu „bilans siedmiolatka”, a do szkolnej karty przepisaliśmy to co było w styczniu. Raz do roku robię dzieciakom takie kompleksowe badania, żeby lekarz na nich spojrzał (bo tak, to w tych zdrowotnych placówkach nie bywamy). Mam skierowanie na badanie krwi (bo ostatni raz było to robione w 2014) i do ortopedy bo gość zaczyna się wyginać w kręgosłupie podobnie jak dziewczyny. Żaden to dramat, będzie to po prostu związane z większą ilością ćwiczeń.

Zrobiłam również SOBIE badania JA. Ostatni raz badałam się rok temu na wakacje i też chciałam te wszystkie labolatoryjne badania mieć załatwione.

<><>

Poza tym Mieszko miał dziś swoje Jasełka, gdzie występowali przed innymi klasami, Lila dostała piątkę na koniec semestru z matmy i szóstkę ze sprawdzianu z techniki. Jest też przełom u Łucji, która na sprawdzianie z matmy zarobiła CZWÓRKĘ, i (uwaga!) będzie ją poprawiać na piątkę, bo zabrakło tylko dwóch punktów.

Z porażek to głównie moje bezy, bo zawsze jak się staram to mi NIE wychodzą, więc na Wigilię klasową zrobiłyśmy galaretki! Mamy dużo małych plastikowych kubeczków, bo na początku roku pani podzieliła klasę na grupy i każda grupa raz w miesiącu ma/miała przygotować jakiś koktajl owocowy. Łucja znalazła się w grupie czerwonych owoców i moim wkładem były granaty i plastikowe kubeczki. Kubeczków było w opakowaniu 100, zużyliśmy 24, więc kolejne zużywamy przy różnych okazjach.

Niżej galaretki i bezy (te, które się nadawały) przełożone kremem czekoladowym. Obok nich pikery: złote koła z literami tworzącymi napis English Lesson, które Łucja chwilę przed podaniem wbiła w krem.