Czasem w życiu dzieje się coś niefajnego. Tak naprawdę niefajnego. I jest to tak duże, że wszystko wokół robi się błahe. Koncentrujemy się na własnym żalu, albo bólu i nic do nas nie dociera. Życie się toczy, a my boimy się tego co będzie dalej.
Ale czasem dzieje się dużo rzeczy niefajnych. One nie są AŻ tak poważne, ale potrafi ich wystąpić prawdziwa kumulacja. Prawo serii. Cios za ciosem. Każda z nich w okresie górki by nas tylko zirytowała, ale jeśli pasmo jest długie, to popadamy w takie odrętwienie i nawet te małe oznaki życzliwości losu są dla nas niewidoczne. Mnożące się wydatki, mandat, kolejny, guma w aucie, szaruga, kłótnia, ludzka złośliwość i… utknęliśmy w mega dole.
Oazą dla mnie jest dom. Bardzo się cieszę, że pomimo braku zapału do urządzania, mam takie miejsce, w którym czuję się dobrze. I nie wiem kiedy ten moment nastąpił, ale w żadnym innym miejscu, czy to w domu rodziców, czy na idealnych wakacjach nie czuję się wspanialej niż we własnym domu. Wchodzę, wciągam te chłodne powietrze ;), włączam czajnik i energia jak w baterii telefonicznej leci do góry.To jest moje miejsce na ziemi!
Przechodziłam dziś koło sklepu z dywanikami i pomyślałam, że na Mikołajki należy się tej mojej zakurzonej jaskini jakiś prezent. To co wybrałam tak naprawdę wcale nie pasuje… Podobno były szare, ale na wyprzedaży zostały tylko pudrowe i zielone. Niech będzie taki pudrowy! Do łazienki, żeby nam było ciepło jak wychodzimy z wanny! 🙂

<>
Mam dla Was też nowy wianek. I teraz uwaga: został samodzielnie zrobiony przez MIESZKA!! Wczoraj w szkole mieli zrobić wianki na kiermasz i zrobił DWA. Złoty będzie na kiermaszu, ten mniejszy mógł zabrać do domu. Oczywiście ten złoty kupimy :))


btw. tak się zastanawiałam, czemu te fotki takie zamglone, ale odkryłam, że mam strasznie spalcowany obiektyw 🙂 już wyczyściłam, ale powtórek nie będzie 😉
