Strefa komfortu

Pojechałam rano na trening. Zrobiliśmy tzw. home run, czyli długi, raczej wolny, bieg do bazy, a potem zasiedliśmy do energetycznego śniadania, podczas którego coach Kuba wykładał nam o wychodzeniu ze strefy komfortu. Opowiedział jak byli na szkoleniu w Saint Moritz i po treningach chodzili skakać ze skały do wody… Co oczywiście jest bardzo głupie i nie należy tego powtarzać, ale warto robić czasem rzeczy, które podnoszą nam adrenalinę i wyprowadzają nas ze strefy komfortu. Bo to jest konieczne, by nasze ciało się rozwijało. Musimy oczywiście najpierw tę strefę znaleźć w sobie (to ten moment kiedy odczuwamy przyjemność z wysiłku fizycznego) i przeżyć coś co nas z niej wyprowadzi. To może być bezpieczny bieg z przeszkodami typu Runmagedon, albo skok na bungee… Bardzo mi się ten wykład podobał, siedziałam nad tym energetycznym śniadaniem i ogólnie byłam z siebie zadowolona. A potem różni pacerzy, którzy nas wcześniej prowadzili mówili co dla nich jest wyjściem ze strefy komfortu. I ten gostek, który prowadził moją grupę, który jest piękny jak Australijczyk i na dodatek jest zabawny, tylko nieprzyzwoicie młody, powiedział, że dla niego wyjściem z tej strefy jest trening o szóstej rano, bo musi wstać o piątej. I to wszystko wydawało mi się takie odkrywcze, a ja byłam tak obrzydliwie zrelaksowana, że nawet nie przyszło mi do głowy nic jadowitego typu: „jeżeli jest sprawiedliwość na tym świecie, to powinny mu się urodzić trojaczki. Dwa razy pod rząd”.

 

A potem wróciłam do domu. Otworzyłam drzwi i z góry zbiegł Mieszko z krwawiącym kolanem, robiąc liczne ślady na schodach (nie udało nam się ustalić jak to zrobił, ale rana jest konkretna), a z nim Łucja z okrzykiem:

  • Urodziny Kasi są dzisiaj!
  • A nie miały być za tydzień?
  • Źle przeczytałam datę na zaproszeniu. Zdążymy pojechać do tego sklepu, gdzie miałyśmy jej kupić prezent?
  • Nie wiem. CO się stało Mieszkowi w kolano????

Miewamy takie urodzinowo-imprezowe weekendy. Kumulacja kumulacji. Mamy imprezę jutro i mieliśmy mieć dziś. Doszła nam kolejna dziś i doszło jeszcze spotkanie Lili z koleżanką. To taka dziewczynka, której rodzice się rozwiedli, matka wyjechała, ale córka przyjeżdża do ojca co 4 miesiące. I on zawsze dzwoni czy Lila może się z tą jego córką spotkać.

12-sta Lila poszła do koleżanki (w sumie to było bardzo dobre, bo grabiły liście na dworze, czyli cały ten czas spędziły na powietrzu).

14:40- Lilkę odebraliśmy, w aucie panna zjadła rosół z kubka termicznego i pojechaliśmy do sklepu po ten prezent.

16 z poślizgiem zaczęliśmy świętowanie urodzin kuzynów dzieciaków.

17:15 – Łucja wyszła na tę imprezę u koleżanki (to było w klubie wspinaczkowym i jej mama prosiła o potwierdzenie dużo wcześniej, co też zrobiłyśmy myśląc, że to przyszły weekend)…

19:40 – odebraliśmy Łucję z imprezy…

Wyjście ze strefy komfortu? Ja wychodzę z niej tak często, że powinnam maratony w dwie godziny biegać 😀 Macie listopadowe wianki! Dla nas i dla dziadków. Do listopada pasowały nam pomarańcz i DYNIE! I miotły, bo przecież mamy jeszcze Andrzejki! 🙂