Pojechałam dziś do mojej gin. Do wyboru miałam ósmą, bądź 15-stą. Zdecydowanie wolałam rano. I pochwalę się Wam, że super ogarnięte są te moje dzieci. Lilka miała na siódmą z minutami, więc odwiozłam ją do szkoły wcześniej (mżawka była). Razem z nami pojechała Łucja, bo po drodze zrobiłyśmy zakupy (bułki i szynka na kanapkę dla Mieszka). Potem Łucja wróciła sama do domu i obudziła Mieszka. Mieszko ubrał się SAM w to co sobie przygotował i zszedł na dół. Łucja nalała mu herbatę z termosu (ja przygotowałam) i rozkroiła mu bułkę na kanapkę do szkoły. Szynkę młody sobie włożył sam, bo siostry się brzydzą wędlin 😉 A potem Łucja odprowadziła go na zajęcia. Sama miała dziś na 11-stą, więc wróciła później do domu. Wizyta u doktor dobrze, ale poziom porannej organizacji mamy mistrzowski 🙂
<><>
Dzieciaki napisały listy do Mikołaja. Najpierw dziewczyny, a potem Mieszko (tu są głównie numery zestawów wymarzonych klocków). Na listach są i książki, i odzież (Lila marzy o golfie, a Łucja o ocieplanych spodniach?) i gadżety głównie plastyczne. Dziś Łucja dostała jedną książkę… Musiałam zamówić podręczniki do dodatkowego angielskiego dla Liliany, wzięłam dla siebie Casanovę, którym zachwycał się ostatnio Szczygieł i jedną książkę dla Łucji. Nie planowałam jej nic przed świętami kupować, ale cykl o Flawii jest całkiem duży i trudno dostać I-szą część. A akurat w tej księgarni gdzie kupowałam BYŁA. A ponieważ tak wspaniale dziś rano mi pomogła, a wracając akurat odebrałam z kiosku paczkę, to od razu jej dałam. I podoba się!

