Ruszyła machina…

  • Mamo, czy mogę zjeść gumę odświeżającą? -zapytała rano Lila
  • Myślę, że lepiej będzie Lila, jak po prostu umyjesz zęby.- odpowiedziałam.

Na co przysłuchujący się Mieszko mruknął marzycielsko:

  • Jak chodziłem do przedszkola to Julka sprawdzała czy mam świeży oddech…

🙂 Ach, te przedszkolne wspomnienia :))

Właściwie do dzisiejszy dzień powinien należeć do Mieszka. Zaczął edukację w przyszkolnej zerówce, w nowej klasie, gdzie nie zna NIKOGO. Bardzo jest cały dzień przejęty, ale zawsze uważałam, że takie starty od nowa są dobre, bo łatwiej mu będzie w przyszłości się adaptować.  Ale zanim z nim odbyłam rozpoczęcie roku szkolnego były dziewczyny. I wypłukało mnie to z emocji 🙂 Lilka ma wychowawcę, to młody gość i nauczyciel matematyki. Fajnie. U Łucji mnie nie było bo rozpoczęcie miała o tej samej porze co Lilka, no i w sumie to w piątych klasach niewiele się zmienia. Za to Lilka ma trzy nowe osoby w klasie a trzy odeszły. No i tego wychowawcę. Wypisałam wnioski na korzystanie ze świetlicy całej trójki, bo jeśli panny będą miały poza-lekcyjne zajęcia w szkole, to żeby nie musiały wracać gdyby było jakieś okienko. No i podpisałam zgodę, że Łucja będzie odbierać Mieszka.

Plan lekcji mamy do bani. Pierwszy raz tak się trafiło, że jak jedna ma na rano, to druga na popołudnie i na odwrót. Ani jeden dzień nie chodzą na tę samą zmianę. Za to Mieszko ma codziennie od 8 do 13-stej, ale to w innym budynku (zerówki i pierwsze klasy są osobno). Zapisałam maluchy na obiady, ale te będą dopiero od przyszłego tygodnia. I Łucję na tę matematykę. Skubaństwo będzie kosztowne, ale jeśli takie skuteczne, to może rok wystarczy 🙂 Miałyśmy też dziś w planach fryzjera, ale Lilę urwała się na lody z koleżanką (zaraz po szkole) i trzeba było przełożyć na jutro. Oczywiście bez telefonu i bez poczucia czasu 🙂