Lviv

  • To czego nie wzięłaś? – zapytałam mamę
  • Suszarki.
  • Ja nie wzięłam cieni do oczu. Nie sądzę, żebym w Lwowie poznała mężczyznę mojego życia.
  • Tam też są duzi faceci. Taki np. Kliczko. Podobno ostatnio rzucił boks.
  • Mhm? To jakby co będę się ustawiać na randkę w Polsce. 😉

 

Wyjazd do Lwowa miał być w wersji minimum. Samochodem dojechaliśmy do Przemyśla, tam auto zostało na parkingu w pobliżu dworca i stamtąd pociągiem pojechaliśmy do Lwowa. To bardzo dobry patent. Nie lubię przekraczania wschodniej granicy autem, no a w Intercity trasę Przemyśl-Lwów pokonujesz w dwie godziny. Dworzec jest w samym centrum, czyli odpadło również poruszanie się samochodem w obcym miejscu. Ale trzeba się było zapakować w małe plecaczki, co wymagało sporych wyrzeczeń 😉

I jaki jest Lwów? Wspaniały. Cały wyjazd to jedno wielkie pozytywne zaskoczenie. Lwów okazał się być taką mieszanką Rzymu i Kuby. Knajpy były pełne i tętniące życiem. I jedna była obok drugiej. Schodziło się w boczną uliczkę i to samo. Wszędzie pełno ludzi i… muzyki. I to zarówno klasycznych mini-orkiestr, jak i brzdąkających nastolatków. Była i poruszająca dziewczynka, która na skrzypcach grała zbierając na „wyjazd na konkurs”, było i dwóch szalonych gości z psem, którzy głośno śpiewali „Stiliagów”. No i te auta. Taka mini Kuba.

Kolejna super sprawa to jedzenie. W tej kwestii byłam baardzo sceptyczna, ale jedzenie okazało się być świetne, no i tanie. Tak średnio o połowę tego co u nas. Albo może nawet trochę więcej? Weszłam np. z dzieciakami do takiej pięciopiętrowej fabryki czekolady i to co tam wydaliśmy (siedząc w kawiarni na dachu) to była dokładanie połowa tego co u nas.

Razem z nami pojechały dziadki. Krzycho jest wielkim pasjonatem Lwowa i to on był prowodyrem wycieczki. Nie zabrakło więc na trasie ani Łyczakowskiego cmentarza, ani całej masy świątyń. Przeszliśmy koło targu staroci tuż przy pomniku Daniły i dotarliśmy do Ossolineum.

Wycieczka wypadła nam w Dzień Niepodległości Ukrainy (24 sierpnia) i to było niesamowite. Bo ulice zalali mieszkańcy w ludowych strojach. Każdy miał jakiś element narodowy. W najsłabszych i naprawdę nielicznych przypadkach była to papierowa flaga, albo kotylion. Ale tak naprawdę 80-85% ulicy było w białych wyszywanych strojach. Rubaszkach, sukienkach, żakietach i chustach. W wiankach i koralach. Najpiękniejsza lekcja ukraińskiej etnografii jaką mogliśmy sobie wymarzyć.

Co mi się NIE podobało? Miejska komunikacja jest nie do rozgryzienia, więc wszędzie trzeba z buta. Ale ok. Tak naprawdę miasta trzeba piechotą zwiedzać. Potem… strasznie był długi czas oczekiwania na potrawy, ale trzeba obiektywnie przyznać, że jak już danie się pojawiało to był świeże i smaczne. No i denerwował mnie brak wydzielonych miejsc dla palaczy.

Czy coś przechodzi na kolejny raz? Tak. Lwów jest zdecydowanie do powtórki! Nie dostaliśmy się do opery, chciałabym zobaczyć Uniwersytet Lwowski i Akademię Medyczną. Podobno wybitna jest wycieczka dachami Lwowa i podziemiami. Te ostatnie fragmentami widzieliśmy… Nie weszliśmy do Arsenału i wymieniać można jeeszcze…

Jakieś znajome to logo na autobusie 😉

Widzicie auto na dachu? Tam niezła impreza była w nocy 🙂

No i niezły mieliśmy hotel. Przedwojenny, z ogromnymi łóżkami, salą restauracyjną, gdzie grano na fortepianie i boyami hotelowymi otwierającymi drzwi wejściowe.To też była niezła przygoda 🙂