Lato 2017

Ja to jednak z dużą ULGĄ witam jesień… Lato zawsze jest w wersji max i po prostu cieszę się, że wskakujemy na nowo w rutynę 🙂 Walizki już przeniosłam na strych, skóra między palcami u nóg (dużym i tym obok) jest gruba jak na pięcie, czyli czas porzucić japonki 🙂 Lipiec jak wiecie był zimny, bywały nawet huragany, ale na sierpień nie można już było narzekać. Przeczytałam kilka książek, czytały też dzieciaki.

  • HIT: od morza do Tatr (a nawet w Lwowie) królowało Despacito. Było w dzwonkach na komórki i w dziesiątkach przeróbek. BIAŁĄ plamą były okolice jeziora BIAŁEGO, gdzie palmę zwycięstwa utrzymało: Ja jem kebaba 🙂
  • Fryzura: kucyk. Na tyle długie mi urosły włosy, że całe lato już związywałam. Wieki tego nie robiłam, a to jednak bardzo praktyczne. Dodatkowy plus, to że Łucja zaczęła związywać włosy, a nie chciała tego robić, bo twierdziła, że źle (głupio) wygląda.
  • Kierunek: Portugalia. Większość moich znajomych wywiało tego roku w okolice półwyspu Iberyjskiego. Paradoksalnie to tam pod koniec lata nie było zbyt bezpiecznie.
  • Napój: lemoniada. Najlepszą podano mi w Lublinie (taką z imbirem i limonką) i resztę lata taką sobie robiłam.
  • Owoc: konsekwencja tego co wyżej, czyli imbir. Wykopałam ciasto z rabarbarem i imbirem i też jest to dobry smak.
  • Danie: pierogi
  • Perfumy: Sunflowers. Też wieczność ich nie używałam, ale kupiłam przed początkiem lata i całe lato mi towarzyszyły 🙂
  • Odkrycie: siniaki zwalczamy  lodem. „Atomic Blond” kładzie się w wannie z lodem, ale punktowe okłady też czynią cuda.
  • Kulinarny challenge: serniki na zimno. Dużo ich zrobiłam, przypomniał mi się taki przepis PRL-u, czyli pokrojona galaretka wrzucona do sernika i też to „schodzi”.
  • Najlepszy mem pochodzi: ze strony „Andrzej Rysuje” i oczywiście jest powiązany z hitem wakacyjnym 😉

  • A najlepszy OBRAZ- to foto z Pablo Picasso z 1948-go roku. Nie mogę się na to zdjęcie napatrzeć. Czuć na nim tą wolność i upojenie, która ogarnia ludzi na wakacjach, a w beztroskich powojennych latach ta letnia ekstaza była całkowita (tak przynajmniej mi się wydaje).

  • Impreza na ZA ROK, nie do przegapienia: to Land Art Festiwal, który odbywa się na Podlasiu. Tu macie garść szczegółów.
  • Myślę, że fajny może być też Festiwal Światła w Toruniu.

home, sweet home

Rok szkolny zaczyna się w poniedziałek, ale JUTRO rano muszę podbić do jednego urzędu, więc trzeba było wracać. Ostatni dzień lata ma być ciepły, więc w planach na później, mamy wyprawę na pewien otwarty basen 🙂 Wyprawkę mamy i trochę planów na te ostatnie dni wakacji też. 🙂

Tak więc jesteśmy. Po drodze do domu zatrzymaliśmy się tylko w naszej ulubionej knajpie… Hitem lata były pierogi. Bo dzieci do tej pory ich NIE jadły. Przełom był na koloniach, kiedy panny miały warsztaty z robienia pierogów, a potem już poszło! Na razie jedzą wyłącznie SŁODKIE, ale i tak wyjątkowo się cieszę, bo to cudowne powiększenie ich diety i duże ułatwienie na wakacjach (na Ukrainie nazywały się  „warieniszki”, były mniejsze i rzeczywiście pyszne). Jadały z wiśniami, jagodami i śliwkami. Na focie niżej to z borówkami. Takie akurat serwowano na dworcu w Przemyślu 🙂

<><>

  • Mamo, a kto zajmował się Klarensem, jak nas nie było?
  • Mieliśmy Mieszko, catsittera. Przyjeżdżał go karmić.
  • A Klarens go lubi?
  • Klarens nie lubi nikogo.
  • A jak catsitter dostawał się na osiedle?

:))

Jesień?

Poszliśmy na kasztany... Jeszcze takie mocno łaciate, ale już są!

W sklepach pierwsze wyprzedaże tornistrów (cały czas wahałam się z Mieszkiem), ale jednak NIE kupuję. Napisałam do znajomej, która chyba będzie wychowawczynią Mieszka i powiedziała mi, że w Zerówce dzieci potrzebują TYLKO plecaczki na śniadaniówki, bo wszystko mają w szkole. A taki malutki plecaczek mamy.

<><>

Przeczytałam niezły art o tym, że zabawa w lesie i na łące jest zdecydowanie lepsza dla rozwoju dziecka, niż tłuczenie się na placu zabaw. Autorzy nawet nawołują: Chcesz by dziecko poszło na Harvard, zabierz go z tych nudnych i przewidywalnych placów! Nie linknę Wam, bo e-wersji w necie NIE znalazłam, ale trzymając się  tego nurtu pojechaliśmy dziś z Lutka na grzyby! Grzybów za wiele nie znaleźliśmy (chyba jest za sucho), ale spacer udał się wspaniale!

Inteligentni ludzie są najbardziej naiwni, bo sądzą, że nie można ich oszukać.

 – Red Lights, film o iluzjonistach z De Niro

Są takie miejsca i wydarzenia, które powstają tylko dzięki pasjonatom. Trzeba o nich mówić, bo to szalenie pozytywne i ogromnie ważne. I do takiego wczoraj trafiliśmy. Jedynego w Polsce muzeum Kedywu, czyli Kierownictwa Dywersji Armii Krajowej. Mam duże luki z historii tego okresu, więc TEŻ powinnam bywać w takich miejscach (nie tylko zasłaniać się dziećmi ;). A wczoraj załapaliśmy się również na piknik militarny, gdzie rekonstrukcyjne grupy w strojach zarówno partyzantki, jak i Wehrmachtu pokazywały swój sprzęt wojskowy i opowiadały różne historie. Wszystkiego można było dotknąć i wszędzie można było wsiąść. Super! 🙂

><><

  • Ja już jestem, powiedz jak tam mój kot?
  • Byłem u niego wczoraj. Alee, jak wszedłem do Ciebie, to zaatakowały mnie muchy.
  • Owocówki?
  • Tak. Wyrzuciłem wszystkie brzoskwinie, a jabłka wstawiłem do lodówki.
  • Cudownie.

🙂 Jakież to przewrotne, że znowu trafiłam na pedanta… :/

końcówka wygrzewania

Na ostatni wyjazd wzięłam sobie do czytania „Kiraze”. Kupiłam dawno temu, a potem książka zaginęła mi włożona pod łóżko 😉 No i chwilę przed wyjazdem się znalazła. Czytałam o tych intrygach w haremie i doszłam do Roksołany – ukochanej żony Sulejmana Wielkiego, która realnie, z alkowy, sprawowała władzę nad wielkim imperium. Sytuacja była tym bardziej pogmatwana, że wybranka była Ukrainką i chociaż przeszła na Islam, nigdy nie była traktowana jak ktoś ze świata Islamu 🙂

I szliśmy ulicą Lwowa i dostałam ulotkę. „Zakupy mogą być przyjemne – Centrum Handlowe „Roksolana” :0 Niezłe, nie? Największe centrum handlowe Lwowa nosi imię kobiety rządzącej pół tysiąca lat temu Osmańskim światem 🙂 Pewnie gdybym akurat nie czytała tej książki, to nie złapałabym tego. Ot, taki kolejny przykład na to, że wszystko się w życiu pięknie w odpowiednim momencie przeplata 🙂

<>

Dziś dzień minął nam nad rzeką. 30 stopni a tam przyjemnie wiał wietrzyk 🙂 A woda początkowo lodowata, potem wydawała się nam już idealna!

Lviv

  • To czego nie wzięłaś? – zapytałam mamę
  • Suszarki.
  • Ja nie wzięłam cieni do oczu. Nie sądzę, żebym w Lwowie poznała mężczyznę mojego życia.
  • Tam też są duzi faceci. Taki np. Kliczko. Podobno ostatnio rzucił boks.
  • Mhm? To jakby co będę się ustawiać na randkę w Polsce. 😉

 

Wyjazd do Lwowa miał być w wersji minimum. Samochodem dojechaliśmy do Przemyśla, tam auto zostało na parkingu w pobliżu dworca i stamtąd pociągiem pojechaliśmy do Lwowa. To bardzo dobry patent. Nie lubię przekraczania wschodniej granicy autem, no a w Intercity trasę Przemyśl-Lwów pokonujesz w dwie godziny. Dworzec jest w samym centrum, czyli odpadło również poruszanie się samochodem w obcym miejscu. Ale trzeba się było zapakować w małe plecaczki, co wymagało sporych wyrzeczeń 😉

I jaki jest Lwów? Wspaniały. Cały wyjazd to jedno wielkie pozytywne zaskoczenie. Lwów okazał się być taką mieszanką Rzymu i Kuby. Knajpy były pełne i tętniące życiem. I jedna była obok drugiej. Schodziło się w boczną uliczkę i to samo. Wszędzie pełno ludzi i… muzyki. I to zarówno klasycznych mini-orkiestr, jak i brzdąkających nastolatków. Była i poruszająca dziewczynka, która na skrzypcach grała zbierając na „wyjazd na konkurs”, było i dwóch szalonych gości z psem, którzy głośno śpiewali „Stiliagów”. No i te auta. Taka mini Kuba.

Kolejna super sprawa to jedzenie. W tej kwestii byłam baardzo sceptyczna, ale jedzenie okazało się być świetne, no i tanie. Tak średnio o połowę tego co u nas. Albo może nawet trochę więcej? Weszłam np. z dzieciakami do takiej pięciopiętrowej fabryki czekolady i to co tam wydaliśmy (siedząc w kawiarni na dachu) to była dokładanie połowa tego co u nas.

Razem z nami pojechały dziadki. Krzycho jest wielkim pasjonatem Lwowa i to on był prowodyrem wycieczki. Nie zabrakło więc na trasie ani Łyczakowskiego cmentarza, ani całej masy świątyń. Przeszliśmy koło targu staroci tuż przy pomniku Daniły i dotarliśmy do Ossolineum.

Wycieczka wypadła nam w Dzień Niepodległości Ukrainy (24 sierpnia) i to było niesamowite. Bo ulice zalali mieszkańcy w ludowych strojach. Każdy miał jakiś element narodowy. W najsłabszych i naprawdę nielicznych przypadkach była to papierowa flaga, albo kotylion. Ale tak naprawdę 80-85% ulicy było w białych wyszywanych strojach. Rubaszkach, sukienkach, żakietach i chustach. W wiankach i koralach. Najpiękniejsza lekcja ukraińskiej etnografii jaką mogliśmy sobie wymarzyć.

Co mi się NIE podobało? Miejska komunikacja jest nie do rozgryzienia, więc wszędzie trzeba z buta. Ale ok. Tak naprawdę miasta trzeba piechotą zwiedzać. Potem… strasznie był długi czas oczekiwania na potrawy, ale trzeba obiektywnie przyznać, że jak już danie się pojawiało to był świeże i smaczne. No i denerwował mnie brak wydzielonych miejsc dla palaczy.

Czy coś przechodzi na kolejny raz? Tak. Lwów jest zdecydowanie do powtórki! Nie dostaliśmy się do opery, chciałabym zobaczyć Uniwersytet Lwowski i Akademię Medyczną. Podobno wybitna jest wycieczka dachami Lwowa i podziemiami. Te ostatnie fragmentami widzieliśmy… Nie weszliśmy do Arsenału i wymieniać można jeeszcze…

Jakieś znajome to logo na autobusie 😉

Widzicie auto na dachu? Tam niezła impreza była w nocy 🙂

No i niezły mieliśmy hotel. Przedwojenny, z ogromnymi łóżkami, salą restauracyjną, gdzie grano na fortepianie i boyami hotelowymi otwierającymi drzwi wejściowe.To też była niezła przygoda 🙂

GO East!

  • Pada?
  • Słucham? – zapytałam
  • Czy deszcz pada?
  • Nie. Wieje, jest zimno, ale nie pada.
  • Bo ja jestem jednośladem.
  • A to podziwiam… A co tzn., że węzły chłonne podrażnione?
  • W normie. Depilowała Pani ostatnio?
  • Tak.
  • I dlatego. Tak to wszystko w porządku.
  • Czyli depilacja jest zła?
  • Widzi Pani, że ja taki trochę jestem miejski drwal?

(nie widziałam, bo to świński blondyn jest 🙂

  • Widzę.
  • Po prostu wszelkie zabiegi na naszej skórze wnikają w nią. Musi pani potem spryskiwać octaniseptem, albo czymś podobnym.
  • Ale poza tym podrażnieniem jest ok?
  • Tak. Niestety do zobaczenia dopiero za rok.
  • Do widzenia.

🙂 Rzutem na taśmę zrobiłam rano kolejne z zaplanowanych badań czyli USG piersi i ruszyliśmy do dziadków. Btw. lekarz, który mi to robił to również dietetyk i miałam z nim do czynienia przy Lilce, która jako maluch miała całą masę alergii i problemów z brzuszkiem. To buddysta, fan zdrowego stylu życia i taki trochę freak. Wyobraźcie sobie, że nigdy nie zapisuje zaleceń na kartce, tylko każe je zapamiętywać (bo nie używamy naszego mózgu 🙂 Miło, że wyrywał, ale jeszcze milej, że przez rok nie muszę go oglądać 🙂

U dziadków będziemy tydzień. Do Klarensa ma w tym czasie wpadać Jerzy, a my już JUTRO rano ruszamy na wycieczkę… Wracamy w sobotę i wtedy Wam opowiem, gdzie byliśmy 🙂

Jak zjedziecie do niedzieli, to zobaczycie fotki z urodzin Łucji :)

Dzień przed ostatnią wakacyjną turą

  • Mamo, a co pasuje do sarenki?
  • Sarenki, czy syrenki Mieszko?
  • Sarenki. Takiej z lasu.
  • A co ma pasować?
  • No, dinozaury czy Real Madryt?
  • YYyyy.. Real Madryt?
  • Nie… FC Barcelona!
  • To chyba dinozaury.

??? Sądzę, że kompletuje piórnik 😉

<><>

Byłam z pannami u dermatologa. Po mnie i po Diablim mają cała masę mniejszych i większych pieprzyków, no i raz do roku lekarz je ogląda. Wszytko ok. Łucja do kontroli za rok, za to z Lilką mamy zalecenie do zrobienia jej wideodermoskopii. Nie teraz, a tak za pół roku i powtarzanie tego badania co rok (ona wszystko ma niesymetryczne). A ponieważ to dość droga impreza, to będę rozgryzała jak to na fundusz zrobić. W sumie to Łucja jest pod opieką poradni ortopedycznej, a Lilka może być pod opieką dermatologicznej. Nasz system jest dość czasochłonny, ale skuteczny. A jak już się wpadnie w tą maszynę to również nawet dość wygodny. Cd wątku nastąpi 🙂 

Witaj, szkoło!

Pojechaliśmy do sklepu i rozpoczęliśmy kompletowanie wyprawki! Mamy już zeszyty (choć te w kratkę trzeba będzie dokupić), kredki (tzn. Łucja kupiła sobie nowe, a maluchy MAJĄ z lat ubiegłych), zakreślacze, farby i bloki. Mieszko to ma zeszytów na dwa lata 🙂 Panny mają nowe pióra, a korektory (from China) już zamówione. Mają nowe piórniki (kupiłam jak były we Włoszech), a Łucja nowy plecak. Maluchom na razie tornistrów nie kupuję. Chciałam kupować Mieszkowi, ale wszyscy mówią, że w zerówce nie będzie mu potrzebny…

Jutro albo pojutrze powinno dotrzeć krzesło dla Mieszka. Podobnie jak dziewczyny będzie miał krzesło Haucka i jak zaczęłam kopać się w cenach to wyszło mi, że najtańsze są na niemieckim Amazonie (dostawa kurierem gratis). Biurka cała trójka ma. Dziewczyny już od dawna, a Mieszko dostał na urodziny od dziadków. Powiem Wam to CO roku to powtarzam: to wspaniałe, że artykuły szkolne są takie różnorodne. Łucja rano marudziła, że marzą się jej wieczne wakacje, ale z takim zapałem ruszyli w te szkolne akcesoria, że od razu nabrali ochoty na lekcje 🙂

 

A propos tytułu… Na Festiwalu Języka Polskiego, na sam koniec, uczestnicy tworzą APEL. Wezwanie dla wszystkich ludzi używających języka polskiego… W tym roku prosili o przestrzeganie wołacza! 🙂 Używajmy go więc, bo niewiele języków go ma 🙂

SOM!

Rano do mnie dotarły, opalone i pełne wrażeń. Mieli wspaniałe wycieczki, ale o tym GDY będę mieć zdjęcia. Zdradzę Wam tylko, że dotarli nawet do Wenecji!!! Za to prawie od razu jak przyjechali zapakowałam towarzystwo do auta i pojechaliśmy do dziadków, którzy postanowili urządzić 11-ste urodziny Łucji i przy okazji zaprosić nas na obiad!

 

Impreza była skromna, tylko my i dziadki, więc i torcik duży nie był 🙂 Jeszcze ja zrobiłam serniczek z galaretkami, babcia miała jakieś ciasto, więc i tak zabraliśmy co nieco na wynos 🙂

Powiem Wam, że 11 lat to już dużo. Łucja zawsze była dojrzała i opiekuńcza, ale teraz to jest już w ogóle niesamowita. Zawsze się zastanawiałam kiedy przychodzi ten moment, kiedy dziecko samo robi sobie jajecznicę i to już 🙂 Tzn. panna jajecznicy nie robi, ale świetnie robi herbaty, lemoniady i kisiele. Codziennie robi sałatki owocowe dla rodzeństwa (kroi jabłka, gruszki i obiera ze skórki śliwki oraz polewa je rozpuszczonym wcześniej miodem 🙂 i pilnuje by się nie kłócili. W porównaniu do koleżanek jest drobna, ale się sobie podoba. Łatwo nawiązuje znajomości i jest lubiana. We Włoszech nad jeziorem Garda podrywał ją jakiś Niemiec (równolatek), ale wycięła swój ulubiony numer i obróciła się plecami do niego 🙂 Nic bym w Tobie, kochanie, nie zmieniała! 🙂

STO LAT moja piękna córeczko! 🙂

<><>

Pralka już mieli a przed nami trzy dni na miejscu. Jakieś lekarskie wizyty i zakupy do szkoły. Może uda nam się wyrwać jakiegoś zęba 😉

Czas bez dzieci wypełniłam dobrze. Kulturalnie i rozrywkowo SIĘ działo. Zabrakło elementu rozwojowego, nie było żadnego kursu językowego, ale by to wyrównać zaczęłam oglądać w oryginale Telefonistki (hiszpańskie: Chicas del Cable). Podmalowałam ściany, łącznie z tymi w pokojach dzieci i w łazience, pomalowałam progi do domu i na taras, oraz pociągnęłam lakierem parapety. Baa, nawet leżaki przeleciałam drewnochronem! To dobra, przedobrzyłam na dole. W dużym pokoju i w kuchni… Bo te miejsca, które pomalowałam są w INNYM kolorze :/ Miałam ten sam kolor farby, ale widocznie ta na ścianie się utleniła? Dotleniła? I w chwili obecnej wygląda to jak stan zaraz po szpachlowaniu… Ale NIE będę się tym martwiła, chcę w tym roku wycyklinować podłogi, a potem po prostu pomaluję ściany na nowo. Na jak najbardziej zbliżony kolor, żeby było łatwiej. Ciasteczkowy się zgodził pomagać 🙂 Wrzucę Wam jeszcze lampę z pokoju Mieszka. To taka papierowa lampa, która się podarła i rozdzieliła na pół. I teraz tak: nowy klosz kosztuje tyle co lampa, więc wykombinowałam, że ponaklejam na nią taką prasowaną bibułę. Posklejałam te dwie części i dziury. Nie wygląda może idealnie, ale w ten sposób nie muszę (na razie) kupować nowej lampy 🙂