Najlepsza impreza lata odbywa się w Lublinie. I to jest bardzo niesprawiedliwe, że to jest dokładnie w ten weekend co Festiwal w Człuchowie i że jest to środek lata, kiedy czasu nie ma na nic. Ale warto tam być, więc jeśli nie macie planów na weekend, to pakować się do aut i jechać!
Karnawał Sztukmistrzów w Lublinie to wydarzenie unikatowe w skali Europy. Przez cztery dni miasto jest opanowane przez ekipy performerów, kuglarzy, cyrkowców i akrobatów. Nad głowami łażą Ci na linach, co 10 metrów występuje ktoś kolejny i zjeżdżają się tam ludzie z całego świata. Jakby tego było mało, ZAWSZE jest wtedy DOSKONAŁA pogoda, a Lublin od ubiegłego roku dołożył cudownych fontann, po których można biegać. Nie udał mi się ubiegłoroczny plan, że będziemy z Mieszkiem jeździli na rowerach miejskich, ale po prostu nam zabrakło czasu. Lublin uwielbiam. Powiedziałabym nawet, że znam go doskonale, ale ma urok jednego z tych miast, gdzie większość ulic jest jednokierunkowa, a większość zakazów jest zakazami zawracania, więc regularnie wywalało mnie na obwodnicę (w drugą stronę było dokładanie tak samo: wyjazd na autostradę to wycieczka krajoznawcza przez samo centrum). Najlepiej więc postawić auto i łazić, tym bardziej, że odległości nieduże. Mieszko jest zachwycony. On zupełnie nie pamięta, że byliśmy tam cztery lata temu, ale za rok też chce tam być!


Jak przystało na weteranów imprezy odwiedziliśmy najpierw jeden z licznych namiotów informacyjnych i zaopatrzyliśmy się w tatuaże wodne, mapki z atrakcjami i program:

Te papierowe meduzy chcę mieć:

W tym roku nad głowami unoszą się balony. W każdym balonie „siedzi” postać z innego kraju z flagą 🙂 Btw. Mieszko niżej jest w majtkach, bo gacie zmoczył na fontannach 🙂



Gościom na linach zrobiłam dziesiątki zdjęć. Wiem co czują jak spadają 🙂 Miałam tego lata przygodę z wysokością więc ich rozumiem 🙂 Można na nich patrzeć godzinami:


Widzicie kremowe parasole na wprost? To żydowska knajpa. Wybitna. Tam siedliśmy by zjeść lunch 🙂 Ja wybrałam wątróbkę na słodko.

I pokazy. Równolegle, tych dużych, odbywa się ich kilka. A razem z mniejszymi performerami to nie mam pojęcia ile. Po prostu przechodziliśmy od jednych do drugich:

Ten koleś niżej był szalony. Jeździł na monocyklu i żonglował maczetami. I miał przepiękne tatuaże. W jakieś liście i księżyce.

A tu pijemy najlepszą mrożoną kawę na świecie. Bez żadnych śmietanek i lodów. I wiórków czekoladowych. Tam jestem zawsze!


Tu czekamy na pizzę i nieźle widać natężenie atrakcji na ulicy. Naprzeciwko nas mamy mistrza w spinningu, kawałek dalej gość czaruje z gumową kulką. Potem nie widać, ale było dwóch gości ze szklaną kulą, a potem są goście na linach…


A tu widać z jakim wstrętem Mieszko przytrzymuje mojego cebularza 🙂 Popijany lemoniadą był pyszny 🙂

Tu połykacze ognia:

A tu bardzo zabawna rzecz… Dzieciaki były tak zakręcone atmosferą cyrku, że wszystkie turlały się z górki:

I to właściwie tyle 🙂 Jeszcze nasze dzisiejsze śniadanie i ruszyliśmy w drogę do domu. Mieszko jest teraz w drodze nad morze z tatą, a ja jutro rano jadę po dziewczyny!
