
- Kiedy do mnie wracasz?
- W PIĄTEK. Tak samo jak mówiłam wczoraj i tak samo jak mówiłam przedwczoraj 🙂
- Tęsknisz trochę?
- Pewno. A Ty? Byłam wczoraj na siłowni.
- Znowu?
- Tak, bo przytyłam dwa kilo, a wiem, że lubisz szczupłe dziewczyny…
- Ale jak przytyłaś?
- No jakoś tak zwyczajnie. Jem, śpię i leżę. Po prostu się stało.
- Nie, nie! Chodzi mi o to w którym miejscu? Bo jeśli tam gdzie lubię to dobrze 🙂
Cudowne miejsce taki dom rodzinny. Nie ma lepszego spa i wspanialszego wypoczynku. Byłam zmęczona. Tymi zakończeniami roku, alergią, stresem, codziennym biegiem, a nawet emocjami związanymi z nowym związkiem. Przez pierwsze cztery dni kanikuły u rodziców to cały czas spałam. Kładłam się w ciągu dnia i ogłaszałam, że ja MUSZĘ. Lutka zawsze opowiada, że jak wracała ze studiów na swoje rodzinne Roztocze, to ledwo dochodziła ze stacji do domu. Wchodziła i zasypiała. Zresztą ma tak do dzisiaj. Jak jedziemy do wujków, to ona od razu odpada na kanapie. Ciocia przynosi jej barszczyk z pierożkiem, Lutka mówi: Ula, Ty jesteś niesamowita! Je i znowu zasypia. Chciałabym i ja, dla moich dzieci, być KIEDYŚ takim centrum regeneracyjnym 🙂
Za kilka godzin ruszamy z pakowaniem i w drogę powrotną. Mi się włączyła już opcja gotowości i dziś obudziłam się po szóstej. Chcę kupić dużo malin to bym trochę dżemów zrobiła. I kurki gdzieś po drodze. Tura pierwsza zakończona!
