O mały włos, a uciekła by mi bardzo ważna wizyta lekarska, na którą zapisałam się jeszcze w czerwcu. Na lodówce wisiała kartka, ale przygniotły ją inne informacje i bilety na nadchodzące imprezy. Na szczęście Łucja o tym pamiętała i zapytała się mnie w poniedziałek: Mamo, a kiedy ja mam wizytę u tego MOJEGO lekarza? Chwilę patrzyłam na nią, o czym ona mówi i jaki jej lekarz, a potem mnie olśniło: Ale Łucza, Ty masz łeb! Zapomniałabym! Bo wizyta była na 1-go lutego i dotyczyła ortopedycznego problemu panny.
Już jesteśmy po i panna ma skierowanie do szpitala. Do takiego jakby rehabilitacyjnego sanatorium. W trybie pilnym, od 20 lutego (!!!). Na miesiąc. Komplikuje to ferie, bo akurat w tym czasie dzieci miały wyjechać z ojcem. Ale tak naprawdę to bardzo wygodny termin i w okresie ferii to wszyscy chcą się wcisnąć i mamy dużego farta, że akurat jedna dziewczynka ma ospę i Łucja wskoczy na jej miejsce.
Panna płacze, ale przekonuję ją, że to dobrze. Lubię jak jest jakaś akcja – zawsze mam wrażenie, że coś się w końcu dzieje i nikt nas nie ignoruje. Pośpiech jest wskazany, bo rehabilitację trzeba rozpocząć zanim panna rozpocznie dojrzewanie, bo wtedy wady się pogłębiają. Trzeba też przyspieszyć profilaktykę Liliany, bo ona może mieć podobnie. W sumie to bardzo dobry tor. Obiecałam Łucji, że będę do niej codziennie przyjeżdżać, w kubkach termicznych będzie dostawać zupy i moje herbatki 🙂 I rodzeństwo będzie jej robić laurki 🙂
