dla dorosłych

Z branży tłumaczy skutecznie wypadasz jak pojawiają się dzieci. Może i coś tam czasem jeszcze wpadnie, ale wszystkie lukratywne zlecenia przychodzą niczym mityczny problem informatyczny wysyłany z Doliny Krzemowej do Indii. Czyli po zakończeniu pracy, o 16-stej, wysyłane jest zamówienie, a na rano ma być gotowe. Tyle, że o 16-stej, to czas mi się kończy. Zaczyna się odbieranie dzieci, rozwożenie ich po zajęciach i odrabianie lekcji. A jak to wszystko opchnę, to na niewiele rzeczy ma się już ochotę 🙂

Ale branżę tłumaczy cały czas podglądam. Chyba niestety jesteśmy ostatnim pokoleniem tym się parającym, bo translatory są coraz doskonalsze. Może zostanie zawód korektora ze specjalizacją tłumacza, ale nie ma co się łudzić, że maszyny nie będą się doskonaliły.

Wkleję Wam fragment dyskusji z jednego miejsca gromadzącego tłumaczy. Babka, która miała problem otrzymała do przekładu pikantny tekst. Miałam na studiach super wykładowcę z translatoryki, która mawiała: Dobry tłumacz traktuje język jak tworzywo. Nie może się zaczerwienić na słowo c.i.p.a. Więc wybaczcie wulgarności 🙂

„Mąż wchodzi do pokoju i zastaje żonę jak się masturbuje. I mówi do niej (z żalem, bo dawno się nie bzykali): Myślałem, że poszłaś się zdrzemnąć, a ty urządzasz sobie „fuckfest” – i to właśnie owa zagwozdka. Co ona sobie urządza?”

I zaczęła się fascynująca dyskusja z możliwymi wariantami 🙂 Polski język mamy niezwykły. Moje ulubione typy to jebanalia, czochrowisko, święto cipki i zwycięzca konkursu: masturbalia

:))