Mówią, że jednym z cudów świąt, jest to, że w dwa dni przybierasz pięć kilo. True 🙂 Stołówka u mamusi zawsze kończy się tak samo… :)) Byli goście, było bieganie z talerzami, była dwuletnia kuzynka dzieciaków, która jak wszystkie małe dzieci uwielbia Łucję. Mamy zaproszenie do Wrocławia i może latem skorzystamy. Było dzielenie się jajkiem i była pyszna biała kiełbasa (czasem kupuję sobie hot doga na stacji benzynowej właśnie z białą kiełbaską, ale to jednak zdecydowanie nie to ;). Były rozmowy o reformie edukacji i rozgrzewał nas plotkarski temat jednego mojego wujka. Ciotka Ula upiekła ptysie, a Lutka zrobiła wspaniały żurek. Lubię święta.
Nie nasiedzieliśmy się za stołem jednak długo, bo wieczorem miałam przekazać dzieci ojcu i właściwie zaraz po śniadaniu ruszyliśmy w drogę powrotną. Kidsy docierają gdzieś teraz na drugi koniec Polski, a ja dostanę je z powrotem we wtorek wieczorem. No i jak już świetnie wiecie, tradycyjnie mam niezłego zgryza jak tu wypełnić sobie czas Na mnie pod domem czekał wytęskniony Klarens, który dłuższą chwilę się zastanawiał czy on nie woli być jednak dzikim kotem, następnie patrząc mi w oczy obsikał iglaka, po czym dał się podnieść i zanieść na łóżko Liliany. Śpi. Odsypia.



Oraz AKCJA ZAJĄC 😉 Na pierwszym foto Mieszko snuje się po ogródku ze swoją zieloną trawą w poszukiwaniu miejsca idealnego…

Niżej macie gotowe gniazdko Liliany 🙂 Pod drzewem.

Oraz gniazdko idealne Łucji z przygotowaną już marchewką dla zająca 🙂

