-wydałam rano Lilce… Czyli jajko sadzone 😉
Przed salą z konkursem rodzice oszaleli. Nie ukrywam mi też się udzieliło. „Lilusiu, to aż dwie lekcje będzie trwało, może szybko pójdziemy do łazienki?” I „Proszę córce dać też czarny długopis, bo ona wzięło pióro. To ta dziewczynka w sweterku w kwiatki – ONA nie poprosi!„. Któryś tatuś wyjął konkretny banknot i wymachiwał nim krzycząc: „Olaf, to będzie Twoje jak to napiszesz!„. W końcu jedna nauczycielka wygoniła wszystkich rodziców mówiąc: ‚Proszę Państwa! To NIE matura!” 🙂 I wtedy wszyscy ze śmiechem się rozeszli 🙂
A potem pojechałam do pewnej hurtowni bo na urodziny Lili chciałam kupić jabłka-notesy. Do szkoły. Notes i po cukierku o smaku jabłkowym do tego. W stadzie Chińczyków po polsku mówił jeden. Szef. Na oko lat 20-ścia.
- Szukam takich notesów jabłek. Nie mam tu zasięgu, ale jak włączysz internet, to Ci pokażę. Internet.
- Google?
- Tak. Google.
Wklepałam apple note pad (kosmiczna sprawa taki chiński google) i pokazałam mu obrazy.

- BYLO
- Wiem, że BYLO, bo kupowałam. Ale czy jest?
- Nie ma. BYLO.
- A będzie?
- Nie. BYLO.
Wzięłam więc tylko komplet seledynowych lampionów, bo na jej urodzinach (tej III turze, co to ją będę robić dopiero w kwietniu) wszystko będzie… zielone 😉
