Pik, pik, pik. Taśma dojechała do małej ciemnej buteleczki, kasjerka zatrzymała się, spojrzała na mnie, piknęła i włożyła do siatki. Pik, pik i przerwała:
- Spojrzałam na Panią, żeby wiedzieć czy mogę sprzedać.
- Tak, tak, zdecydowanie tak.
- To do ciasta Pani kupiła?
- Nie. Na żołądek. Bratowej pomogło i pomyślałam, że warto mieć takie w domu.
- A to wiśniówka była?
- Nie, orzechówka.
- To nie wiedziałam. Ja ostatnio mały spirytus kupowałam, żeby dziecku posmarować za uszami na przeziębienie i się ze mnie dziewczyny śmiały, że takie małe kupuję.
Zabawne, nie? I że mnie tak pozycjonują kucharsko. I że się wahają czy można mi sprzedać. A ja nawet dowodu przy sobie nie miałam jakby co. Torebka mi dzwoni przy przechodzeniu przez bramki, więc tylko portfel noszę do sklepu. W kieszeni 🙂
<><>
Byłam w sobotę z dzieciakami na imprezie. One z rówieśnikami gdzieś szalały, a dorośli siedzieli przy zapiekankach. Rozmowy toczyły się wokół rzeczy różnych, ale głównie dzieciowo pokrewnych. Gimnazjum, języki obce w szkole, sporty dla dzieci, no i KOLONIE. Okazało się, że wszyscy mają JUŻ (!!!) coś klepnięte. Wróciłam do domu i pół nocy kopałam w temacie. Bo Łucja w tym roku jedzie na kolonie. Nie ma zielonej szkoły, chce jechać, zresztą na ubiegłych wakacjach wyraźnie było widać, że potrzebuje towarzystwa. Jeśli będzie zadowolona, za rok pojedzie też Lila… Wybrane zostały dwie propozycje i mam plan DZIŚ zarezerwować miejsca. Tym bardziej, że ich jest mało. W terminie jaki mi najbardziej pasował i tam gdzie chciałam, jeszcze wczoraj było pięć wolnych miejsc, a dziś jest już ZERO. Nie wiem czy planujecie kolonie tego lata, ale to najwyższy czas!
