Inaczej niż rok temu, w tym pierwszą turę ferii obstawia Diabli. Polskie góry przez najbliższy tydzień. W przyszłą sobotę jadę w ich kierunku, przejmuję dzieciaki, zamieniamy się autami i on sobie wraca, a górską kanikułę z dziećmi kontynuuję ja z Lutką. Bagażu wyszło jakoś kosmicznie dużo, ale na dwa tygodnie dla trójki dzieciaków potrzebna jest cała szafa. Rajstopy, majtki, na wymianę: czapki, szaliki, swetry i bluzy. Doszły do tego łyżwy, sanki, zapasowe buty, wyjazdowa siatka z książeczkami i kolorowankami, duże ręczniki oraz zestaw klapkowo-kostiumowy na basen (a nóż-widelec?).
Co ja będę robiła przez tyle dni sama? Nie wiem 🙂 Podobnie jak Piper z Orange is the New Black przytłacza mnie ilość możliwości i przymus by ten czas wykorzystać dobrze.
Gdy instruktor dziewczyn zapytał się mnie: czy będziemy robić zajęcia na ferie odpowiedziałam: nie, bo panny jadą w góry, więc jedyna osoba (ależ jestem ZABAWNA) którą może uczyć się w tym czasie pływania to ja. Wyjątkowo śmieszne, nie? I wydaje mi się, że Radek był przerażony tą moją ZABAWNOŚCIĄ, więc NIE, randek nie planuję :)) Ale zaplanowałam sobie dziesięć innych rzeczy…
- Siłownia. Nie ma co prawda mojej instruktorki, ale ponieważ nie mam dzieci mogę chodzić na zajęcia w innych niż zwykle godzinach. Wynotowałam sobie harmonogram zumb i cyklicznych ćwiczeń na brzuch od poniedziałku do piątku. Chciałabym pójść 4x w tym okresie.
- Tańce odpuszczam. W mojej akademii tańca jest przerwa, szukałam gdzieś szybkiego kursu salsy, albo tańców orientalnych, ale w sumie to nic nie znalazłam. By podtrzymać nurt kobiecości zrobię sobie za to ze dwa beauty wieczory (peelingi, maseczki i te sprawy).
- Chcę zlikwidować jelonka sprzed domu i pozbierać folie, które latają po ogródku. W środę będą wywozić choinki i trzeba będzie ją wystawić na widok wozu zbierającego drzewka.
- Muszę naprawić pasek do aparatu fotograficznego.
- Kupić i zapakować prezenty walentynkowe dla dzieciaków. Właściwie to fanty już mam (spóźnione Chińczyki i ciastolina, bo mamy kilka pudełek z foremkami: auta, dinozaury i dentysta, a skończyły nam się masy), ale marzy mi się kupienie im jeszcze… równoważni.
- Czeka na mnie sporo fajnych filmów i przy jednym z nich muszę zrobić sobie sesję pielęgnacyjną stóp. Dostałam bon kosmetyczny do pewnego sklepu, chcę podjechać i sprawić sobie skarpety złuszczające, potem pomalować paznokcie, opiłować i wsadzić w jakąś sól (wszystko oczywiście w odpowiedniej kolejności). Przy okazji powinnam zrobić sobie paznokcie u rąk (wiem, że większość z kobiet robi to jakoś „przy okazji”, ale mi się nie udaje).
- Zakupów nie planuję. Mam kilka kawałków mięsa w zamrażarce, dużo kasz, jajka, mąka, dam sobie radę… W ten weekend kończą się wyprzedaże, dzielna byłam i nie uległam, lecz może tak na koniec, w nagrodę 😉 zajrzę do mojego ulubionego sklepu ze skarpetkami i kupię SOBIE jakiś pięciopak.
- Chciałabym zapisać się na jakiś bieg (tradycyjnie 5). Siedzę właśnie i przeglądam harmonogram biegowy i może coś wynajdę. Bieg oczywiście będzie wiosną, ale skoro są już otwarte listy zapisów to chcę to zaplanować.
- Niezły by był jakiś warsztat, albo szkolenie, albo chociaż wyprawa w miejsce kulturalne, ale nie wiem gdzie i na co, więc tu nie obiecuję.
- Nudy i banały jak porządki i obiecany psu dłuuugi spacer.
<>><<>
Mam dla Was czadową fotę wyjazdowego Gyzia. 🙂 Lilka doszyła mu czapkę (zabraną innej zabawce) i doczepiła szalik. Łucja wpięła w szalik przypinkę z ptakami. No, tak to można na ferie jechać! 🙂


