Pierwsze tegoroczne słoiki miodu przywiozłam z Festiwalu Smaku w Lublinie. Wsiadaliśmy już do auta i po przekątnej dziadek sprzedawał miody. Dużo ich nie miał, miał też kilka jajek i coś tam jeszcze. Podeszłam i mówię:
- Ja bym ten gryczany wzięła.
- To dobre miody. Z Roztocza.
- To świetnie. Ile płacę?
- Ale dlaczego pani chce wziąć gryczany?
- Bo lubię ciemne miody.
- Proszę wziąć ten lipowy. To najlepszy z moich miodów.
- Niech więc będzie lipowy.
Postawiłam go w aucie obok miodów litewskich. A dwa tygodnie później dziadki jechały do swojego pszczelarza, też gdzieś tam w lubelskie, po miody. Lutce lekarz kazał jeść codziennie łyżkę miodu gryczanego. Chyba na kości. I nabrali tam słoi, w tym dwa dla mnie. Spadziowy (pycha) i malinowy (zapach wspaniały!). Nic tylko się zasładzać na jesieni 🙂
<><>
W przedszkolu Mieszka dzieci miały wyprawę na leśny cmentarz. Tak samo jak rok temu. Przegoniły ich najpierw panie jakimś powstańczym szlakiem, a na koniec zapalili przyniesione przez przedszkolaków znicze. Bardzo mi się to podoba i cieszę się, że wychowawczynie mają zapał do organizacji takich wycieczek. Ja wiem, że szkoła to większy moloch i zorganizowanie tylu autokarów to większe wyzwaniem, no ale co by o tym nie mówić, to kolejny argument za tym, że do zerówki (za rok) młody powinien chodzić do przedszkola. Do rodziców było tylko ogłoszenie, żeby „ubrać dzieci w ten dzień W KALOSZE!” 🙂

