wrzesień dekoltami stoi

Tak sobie myślę, że główna różnica pomiędzy wiosną a latem to obawa przed pogodą. Na jesieni chodzimy w klapeczkach, tak długo aż nam prawie stopy zaczynają zamarzać. Do tego, t-shirty, dekolty (skoro opalone, to po co to chować?) i kusawe spodnie 3/4 (i 7/8 😉 . Btw. strój na cebulkę to zmora wszystkich rodziców, bo idziesz, idziesz i niesiesz te wszystkie porzucone części odzieży.

A na wiosnę to człowiek jakoś tak się… boi. „Nie będę się tak rozbierać, bo mnie przewieje”, „Głupio takie letnie buty zakładać, bo jeszcze niektórzy w kozakach chodzą”. Itd. Nasze jesienie to zresztą kpiny, a nie przednówek zimy 😉 Znajoma z Kanady przysłała zdjęcie w uszance z napisem: It’s cold in Winnipeg :DDD

 

Więc w koszulce z dużym dekoltem ryję sobie dziś w ogródku. Przycięłam górę gałęzi, podjęłam próbę kształtowania jednego iglaka (i porzuciłam ją) oraz wycinałam wyschnięte liście w jukach. To ostatnie szło mi najgorzej, bo kot umyślił sobie, że będzie atakował moje dłonie… 🙂 Cebulek kwiatowych w tym roku nie wkopuję, bo nie mam gdzie. Zawaliłam tulipanami każdy wolny skrawek. Mam TYLKO 3 cebulki hiacyntów do wsadzenia, ale to jak przekwitnie mi wrzos.

<>

A kidsy znów na koniach z tatinem. Nie boją się, więc może- może na wiosnę można będzie je zapisać?