salsiaście

Moją intensywną (dwutygodniową) naukę salsy postanowiłam zakończyć udziałem w imprezie salsowej. To bardzo fajna rzecz (foto up właśnie z rozgrzewki przed imprezą -sukienka zielone listki po prawej widzicie? :). W klubie spotykają się miłośnicy salsy i się tańczy. No i niestety okazało się, że NIC jeszcze nie potrafię 🙂 Poznałam fajne osoby, pewna dziewczyna poleciła mi niezłą aplikację do salsy na komórki i się całkiem nieźle wybawiłam. Jeden z gostków z którym tańczyłam to był Francuz (dziś go zczekowałam, więc wiem, tak mi się wydawało, że to r jest takie znajome 😉 , który postanowił, że będzie  mnie uczył. I „one, two, three, one, two, three” i chociaż był całkiem-całkiem mnie zdenerwował, bo jako pedagog, źle znoszę innych pedagogów 🙂 Niemniej jednak salsa mi się podoba, chciałabym tańczyć lepiej, a same zajęcia to była kolejna lekcja rozwoju kobiecości. Intruktorkami salsy już się zachwycałam  (wg mnie to żeński odpowiednik drwaloseksulanych, czyli najbardziej atrakcyjne z atrakcyjnych), lecz wkleję Wam jeszcze kilka cytatów za zajęć:

  •  Jak robicie rolla [taki wąż do przodu] to biust musi być pod takim kątem, by można było na nim postawić kieliszek szampana.
  • Nie włączę Wam klimatyzacji bo na Kubie i Karaibach jest gorąco. To nie przypadek, że tam się tańczy salsę. Nagrzane ciało pracuje zupełnie inaczej,
  • Ręce zawsze schodzą w dól po ciele. I ósemki biodrami!
  • Wyobraźcie sobie, że z jednej strony jest Brat Pitt, z drugiej Johny Depp. i teraz trzeba ich zwabić obu naraz. 🙂