challenge lata

Zgodnie z planem przystąpiłam dziś do kolejnych dżemo-przetworów. Powstały słoiki malin (sztuk 7), jeżyn (1 sztuka) i czarnych jagód (dwie sz-y-ty). Wyzwaniem na ten rok jest konfitura z agrestu. Wiem,  że robiła ją moja babcia, bo Lutka kiedyś chlapnęła, że to były jej ulubione dżemy i wiem, że miały swoich miłośników w WIELKICH. Uwielbiała je Katarzyna II – był to jej ulubiony przysmak i legenda głosi, że pewnego razu obdarowała nawet kucharkę swoim pierścieniem z rubinem za ten wyjątkowy smak.

Przekopałam przepisy i wybrałam powtarzający się z liśćmi czereśni (potem niczym laurowe je odłowię). Zalałam oczyszczone owoce słodkim cukrowym wywarem, z liśćmi. I teraz ma to postać dobę. 

<><>

Wkleję Wam również pewien obraz. Wisi u dziadków na jednej ze ścian i jest świetnym przykładem, że dzieciaki mają wyższą wrażliwość estetyczną niż ja. Patrząc na niego całkiem wiele razy, w kółko widziałam to samo. Kropki, kółko, kwadrat i biały kwiat. Lecz zapytałam Łucji:

  • Powiedz co widzisz na ty obrazie?
  • Widzę białą różę, która stoi w wazonie na stoliku. Stolik jest przykryty czerwonym obrusem.

W życiu bym nie wpadła na to, że to czerwone to obrus  🙂

Żar, skwar cd

Więc przeleciał kolejny dzień nad wodą. W aucie dzieciaki robiły mi laurki (znowu). Mieszko dał mi kartkę złożoną na pół i mówi:

  • Najważniejsze jest w środku!

Otwieram, a tam brązowym pastelem wielka brązowa plama. Mówię:

  • Ojej, jakie śliczne! To czekolada?
  • TAK! Gorzka! 🙂

<><>

W drodze powrotnej załapaliśmy się też na pokaz wozu bojowego 😉

Widzicie te nogi Mieszka lecące do góry do wieży z karabinkiem? 🙂

„..ze strachu, że nikt inny się nie trafia… „

Spotkałam się z teorią, że książki trafiają do nas właśnie takie jakie są nam potrzebne. I coś w tym jest. Zamknęłam ostatnią stronę Bajek i przeszłam od razu do mojej księgarni by dodać sobie do schowka kolejne książki. Zamawiać będę w okolicach urodzin Łucji. Ostatni rozdział był o Szewczyku Dratewce. Jak być może pamiętacie poddawała go próbom czarownica, na którą można spojrzeć jak na matkę, która czasem wie lepiej jaki kandydat na zięcia będzie idealny. Wkleję Wam fragment:

Kobiety nie dają sobie czasu. Boją się poczekać, symbolicznie pourywać głowy tym, którzy nie do końca przystają do wymarzonej wizji. Ta królewna, dzięki kontaktowi z czarownicą, ma odwagę, by to zrobić, zaryzykować samotne życie.

<><>

Wracałyśmy z plaży i w aucie Łucja zaczęła mnie męczyć (wałkowałam z nimi bajkę o Alladynie i co sobie by zażyczyły od Dżina w kontekście co jest ważne)

  • Mamo, a Ty masz jakieś sekretne życzenie?
  • Mam. Całą masę. Na przykład… Jak przed chwilą uciekaliśmy przed burzą i z tyłu zaczynał się huragan, to żałuję, że Wam nie zrobiłam zdjęcia. Wiało, goniła nas ściana wody, ludzie z gumowymi zabawkami biegli tuz za Wami, błyskało, wiatr unosił wodę z zalewu jak podczas tornado… A ja miałam aparat schowany w torbie. Nie mam paska do aparatu i muszę go sobie sprawić. To była scenka niemalże filmowa.
  • To trudno namalować.
  • Trudno? Nie… Las, trąba powietrzna, uciekający ludzie? No dobra. Mam takiego kolegę z podstawówki na fb, który całą rodziną pojechał na rejs łodzią na Mazurach. I jeszcze jedna koleżanka też pojechała. Straszne im takiej wyprawy zazdroszczę. To trzeba by mieć patent sternika, albo coś takiego…
  • A nie marzysz o czymsś do domu?
  • Marzę o różach przed domem. Tak pięknie mi rosną te różowe i chcę dosadzić obok jeszcze ze dwa krzaki. Jeszcze tego lata.
  • To ja to namaluję! 

<><>

I poślubiona Tymbarkowi. Wersją z arbuzem się nie popisał, ale i tak go kocham za te piękne kłamstwa pod nakrętką 😉

Królewna to symbol – ktoś kto pasuje właśnie do Ciebie i Ciebie doceni. I powie: „Ty jesteś dla mnie, a ja dla Ciebie”

Bajki rozebrane, bajka o „Głupim Jasiu”


Na poparzenia słoneczne okazało się być niezłe glibi (jak nie macie to nie kupujcie, ale jeśli Was podkusiła reklama, to używać należy w basenie w ogrodzie, bo w łazience później była masakra). Dzieciaki siedziały w zimnej wodzie godzinę, a po nich do wanny wlazłam jeszcze ja (na kolejną godzinę 😉

<><>

Mam fajną listę (za gazetą) dlaczego dzieci powinny wypoczywać na dworze:

  • Brak zabaw na dworze to główna przyczyna wielu dziecięcych chorób wg naukowców to (zabawy w pomieszczeniach nie rozładowują stresu oraz nie dają upustu energii).  
  • Dzieci, które bawią się na dworze, rzadziej cierpią na krótkowzroczność;
  • Mają wyższy poziom witaminy D, co chroni je przed łamliwością kości, chorobami serca, cukrzycą;  Zabawa na dworze redukuje symptomy ADHD;
  • Ponad setka różnych badań dowodzi, że w kontakcie z naturą u dzieci spada poziom stresu;
  • Zabawa na zewnątrz redukuje niepokój, ułatwia nawiązywanie kontaktów oraz uświadamia wartość relacji i wspólnoty;
  • Godzina spędzona wśród zieleni poprawia koncentrację i pamięć o 20 proc.;
  • Godzina spaceru wśród zieleni podnosi poziom kreatywności o 81 proc.;
  • Zabawy na dworze poprawiają wyczucie równowagi, zwinność, zręczność i postrzeganie głębi;
  • Dzieci, które regularnie bawią się na dworze, lepiej się uczą;
  • NASA przy rekrutacji naukowców preferuje osoby, które jako dzieci częściej bawiły się na dworze, a nie w domu, bo lepiej sobie radzą w sytuacjach kryzysowych i są kreatywniejsze. 

Mi-nio-nki na przełomach Tanwii

Pisałam już Wam, że uwielbiam zabawki z Maca? Są takie wielofunkcyjno-jednorazowe 😉 Pogoda dopisuje, więc my nad rzeką w stolicy Flisaków. Lubię takie miejsca, za ich ponadczasowy klimat. Całe rodziny, babcie w  białych bawełnianych stanikach noszące gołych wnuczków, grille i pieczone kiełbaski, plastikowe talerzyki gdzie obok siebie leżą bób i czereśnie, dzieciaki rąbiące ciepłe jagodzianki (my też!) i chłopaki siłujące się w wielkiej dętce traktora. I lubię rzeki, za to, że płyną. Płynąca woda wywołuje we mnie większy entuzjazm niż stojąca. Położyłam się na mieliźnie na środku rzeki (na długo) i czuję, że moje plecy mają słoneczne embargo jutro. Ale dopóki leżałam było przyjemnie 🙂

sowa i skowronki

Łucja z Mieszkiem budzą się jak dzieci. Wystarczy mały szum, a oni niczym wańka-wstańka skaczą obudzeni na baczność. Koniec tego nudnego spania, przygoda, PRZYGODA, NOWY DZIEŃ! I na tym etapie nie idzie ich ponownie położyć. Nie działa argument, że wcześnie, że będą zmęczone, że nie zamierzam JESZCZE robić śniadania, bo SAMA śpię, itp.

Lilka za to budzi się jak dorośli. Otwiera oko, naciąga na głowę kołdrę i zapada w sen równie mocny jak wcześniej. Ubiera się częściowo, kładzie i śpi dalej. I tak do 10-tej bez problemu. I Łucja tego nie znosi 🙂 Ona TAK się nudzi, że ONA już wstała,  a Lilka nie, że musi JĄ obudzić… Tak jak dzisiaj, kiedy spuściła Lilce powietrze z materaca :))  [Lilka na to po prostu wyniosła się wtedy do mojego łóżka]

Inna sprawa, że odkryłam w czerwcu podglądając ją z rówieśnikami, że Łucja ma całkiem duże poczucie humoru 🙂 Właściwie to nawet całkiem niezły z niej „jajcarz” 😉 co mnie zaskoczyło. Ale to dobrze 🙂

Lipiec ogłaszam miesiącem sałatek

Przebierałam się na plaży na szybko. Taki klasyczny patent: pod sukienką ściągam dół i zakładam suche. Potem wróciliśmy i poszłam do lasu na spacer z psem. Idę i myślę: Co te majtki takie małe i niewygodne?… Wiem! Nałożyłam je tyłu naprzód!

Wpadłam do domu i okazuje, że jednak nie :/ A na dodatek to bokserki były 😦

A z plaży wróciliśmy w Janowie. Ależ tam od ubiegłego lata się pobudowało! Co ważne, w tym roku park linowy pokonała nie tylko Lilka (Łucja już dwa lata temu się odważyła), ale i Mieszko!

Najlepszą zabawą dziś było leżenie na fontannach. Tak, żeby woda w brzuch waliła. Okazało się, że na brzuchu akurat mamy łaskotki 🙂

12 słoików truskawek już jest!

Przystąpiłam do przetwórstwa owocowego. Czerwiec był taki biegowy, że temat odpuściłam i od razu ustawiłam się z Lutką,że jak będę u nich to porobię. Do marca zjedliśmy właściwie wszystko. Poszły suszone pomidory, dżemy z truskawek (do naleśników) i z porzeczek (do pleśniaka). Zostało kilka słoików dżemów z mirabelek (kompoty wypite wszystkie) oraz takie wynalazki jak gruszki w occie czy sałatka z papryki ze słoikowej wymiany sąsiedzkiej. 

Dam kilka dni mamuśce odpocząć (bo ona źle znosi ten bajzel co to przy dżemach powstaje) i jak się skończy fala upałów to do tematu wrócę. Może z malinami? 

<><>

Kupiłyśmy sobie z babcią na zakupach ciasteczka w cukierni. Potem zabunkrowałam się z Łucją i przed obiadem się cichaczem raczyłyśmy. Mówię do niej:

  • Nie jedz tak dużo, bo Ci w pupę pójdzie.
  • Ci też pójdzie.
  • Tak,ale ja zapisuję się na kurs salsy i muszę biodra rozbudowywać 🙂