Bardzo podobał mi się tegoroczny program szkolnych półkolonii (akcja LATO). Dzieciaki koniec końców wywiozłam do dziadków, ale idea krąży mi głowie. Łucja jest już dość duża i ona się czasami nudzi. Nie ma w tym nic złego, nuda w rozwoju jest potrzebna, ale jak się snuje przez pół dnia, podczas kiedy Lilka z Mieszkiem pochłonięci są zabawą, to wiem, że do szczęścia potrzeba więcej rówieśniczych wrażeń. U sąsiadów jest wnuczka w jej wieku, więc obie mają swoje sekrety i są nierozłączne, ale dojrzałam do myśli, że będzie MOŻNA ją wysłać na kolonie.
Za rok (w sierpniu?), na razie nie na dłużej niż 10 dni i nie za daleko, żebym mogła w połowie przyjechać zabrać jej brudy i dać czyste – tak by nie miała dużego bagażu. Przejrzałam nawet ofertę girls-campów i obozów plastycznych i myślę, że takie właśnie – nie przeładowane programem i atrakcjami były by najlepsze. Btw. nie podobają mi się obozy surviwalowe z nocowaniem w nocy w lesie, karami, treningami i „wojownikami ortalionu” (bieganie po błotach w kurtach przeciwdeszczowych, albo budowanie z folii szałasu w trudnych warunkach atmosferycznych).
I co najważniejsze jej ten pomysł też się spodobał. Obiecałam jej co prawda, że w momencie zapisów wyślę meila do mam jej szkolnych koleżanek, bo może któraś dziewczynka też pojedzie, ale nawet gdyby żadna się nie zgłosiła (choć jedną chętną już mamy) to ona da sobie radę.
<><>
Na jednej stronie znalazłam naszą fotkę z wczoraj 😉

