Tydzień temu uratowaliśmy jeża. Przydała się wiedza z warsztatów o jeżach, które mieliśmy jesienią 🙂
Jeż spadł po schodach pod drzwi piwniczki. Nie wiadomo jak długo był, zanim go zauważyła Lutka, ale był tak słaby, że nawet nie zwijał się w kulkę. Tylne łapki, identyczne jak u chomiczków można było dotknąć i potrzymać. Były baardzo ciepłe. Jeże mają tak, że nie widzą różnicy poziomów, więc jak jest spadek, to po prostu lecą w dół, dlatego nie przeżywają upadku ze stołu.
Przenieśliśmy go na szufelce na zaciemnioną rabatkę w pobliżu płotu, za którym jest las. Jeż dostał surowe mięso z kurczaka i ciepłe mleko. Tak naprawdę mleka nie powinno się jeżom dawać, ale pamiętam jak kiedyś wystawiłam przed drzwi torbę ze śmieciami z maka i wieczorem wyszła zaniepokojona hałasem, a tam po prostu jeż wielki jak królik wlazł do kubka po shaku.
No i wlazł na to mięso i powoli zaczął je pochłaniać. A wieczorem zebrał się w sobie i ruszył dalej. I dziś chyba go widzieliśmy znowu 🙂 [szkoda, że mu lakierem do paznokci nie maznęłam któregoś kolca, to by był oznakowany, że to nasz ;)]
<><>
Wchodzimy na plac zabaw. Jedna z dziewczynek widzi Mieszka i biegnie do Lilki:
- Jak ON ma na imię??
🙂
I wspólna kolorowanka. Dziewczyny wybrały kosmos, żeby wszyscy mogli kolorować 🙂

