- Justyna, znajdź mi buty! W szafie na dole. Espa…adi… APOSTOŁKI!
- Dobrze, tatuś!
„Zabijcie mnie, ale nie miałam pojęcia czego mam szukać…’
- Takie czarne!
Uff, znalazłam po kolorze 🙂
Pojechaliśmy rano na spływ. Miał być w poniedziałek, ale Krzycho ma jakieś nagłe targi i rano zadzwonił do gościa przebukować naszą rezerwację kajaków. Na Roztocze 🙂
Super. Porównanie mamy z Mazurami, gdzie bywaliśmy ostatnie trzy lata, Czarną Hańczą, sprzed lat czterech i rzekami Drawsko-Pomorskiego. I jeszcze raz powtórzę, że było extra! Popłynęliśmy najprostszym i najkrótszym odcinkiem, który był TRUDNY i całkiem długi. Rzeka jest oczyszczona, ale wystają gałęzie, leżą kłody i odcinków, gdzie można było odsapnąć za wiele nie było. Nurt był dość szybki, a jak to powiedział gość wynajmujący kajaki, nie bardzo mogą wycinać konary, bo rzeki pilnuje Polski Związek Wędkarski (na tym górskim odcinku Wieprza zarybia się rzekę). Rzeka jest czysta, na całej trasie trafiliśmy tylko jedną porzuconą puszkę. Poza tym jest pusto. Ten weekendowy tłok na Krutyni, gdzie obok siebie płyną 3 lub 4 kajaki nie miał tu miejsca. Zaplecze jest świetne (kajaki na Mazurach tańsze, ale Roztoczańskie są zdecydowanie lepsze), a jedzenie wybitne 🙂
Krzycho płynął z Mieszkiem i Lilką, a ja z mamuśką i Łucją, stąd większość zdjęć jest w stylu: Lutka opuść to wiosło! 😉 Spotykaliśmy też dużo kaczek z młodymi, które pomagały nam z jedzeniem bułek i pokonaliśmy jeden nieduży przełom (siedząc w kajakach!),



Roztocze to Lubelskie, więc strefa wpływów Perły 😉




