Co roku obiecuję sobie, że NIGDY więcej powrotów z majówek w niedzielę i co roku ładuję się w te mega korasy… Ale uff, już jesteśmy… Łucja spotkała się wczoraj ze swoją ulubioną koleżanką z ubiegłych wakacji (Mamo, a Wiktoria potrafi dotknąć językiem swój nos!) i z jej tatą umówiłam JE na pierwsze dwa tygodnie lipca wypoczynku u dziadków. Krzycho naprawił kosiarkę, więc pierwsze co zrobiłam po wejściu do domu to skosiłam do końca trawę. Jutro odbierają zielone, więc z grubsza ogródek na komunię przygotowany. Od rana cd galopu przed uroczystością, więc przed szkołą chcę się jeszcze przebiec, bo przez trzy dni jakby mnie więcej się zrobiło, na tym wikcie mamusi 🙂
<>
Wychłodziłam dom tym koszeniem oraz otwartymi drzwiami na taras, więc dzieciaki po osiedlowym rekonesansie schowały się na górne piętra. Lilka schodzi i śpiewnie mówi:
- Mamo, a wiesz, że na strychu jest cie-płooo, przez dwa ooo?
🙂
