Kroniki Mieszka

  • ….i Ola też chce być policjantem, i Oliwka, i Zosia, i Oskarek […].Wszystkich zapisałem do mojego klubu!
  • To super. Czyli masz własny klub?
  • Tak. Mamo, a pani Dzidka [wychowaczyni w przedszkolu] nie wie, że chłopaki rodzą się przez siusiaka.
  • Pani Dzidka nie wiedziała?
  • Nie. Musiałem jej powiedzieć.

🙂 I wlazł do pudełka z dużymi klockami, by lepiej wygarnąć wszystkie i dziś zbudowaliśmy i fermę, i sklep i ucieczkę na prerii, i piratów… I kto to teraz poskłada, skoro na jutro ma być błysk? 🙂

Marcowy nów w rybach

Jest szczególny. Chrzestna mojego brata, która zajmuje się ezoteryką trąbi o tym od kilku tygodni. Zaćmienia słońca to punkty zwrotne, które kierują nas do odcinania tematów z przeszłości i daje szansę „by popłynąć naszymi marzeniami i emocjami tam gdzie znajdziemy naszą ścieżkę serca„. Nów w rybach jest idealny na praktyki duchowe, wizualizacje i uruchomienie twórczych potencjałów. Dziś medytuje cały ezoteryczny świat…

Ale nów i zaćmienie nie są najważniejsze w dzisiejszym dniu, chociaż panny w szkole oglądały przez przyciemnioną szybkę słońce. [Ja w tym czasie licząc na zaćmieniowy cud podjęłam próbę umycia okien – jak wyszło słońce to wyszły również zacieki, więc magia nie podziałała :)]. Nie jest najważniejsze też topienie Marzanny, na które udało się dziś całe przedszkole, ubrane dodajmy na zielono 🙂 Co jest ważne?

 

Dziś Lila kończy siedem lat!

Mam koleżankę, która jeszcze na studiach dostawała od mamy pluszaki uzasadniane tym, że cały tak jest postrzegana przez rodzica jako mała dziewczynka. No więc ja zakodowałam sobie Lilkę jako trzylatkę. Chudą małą bździągwę, która nosi krótkie miniówy i czasem biegnie bez celu by poczuć wiatr. I w pewnym powiększeniu to cały czas ona. Istotą jej życia jest miłość. Do Sziwy, do siebie, do kołdry z psem, i chyba ta największa, choć dobrze maskowana – miłość do siostry. Lila to moja mądrala, która niczym enigmatyczna wyrocznia rzuca czasem czasem spostrzeżenie, które uderzają mnie swoją trafnością. Jest też urocza i zabawna, chociaż jej gniewu boją się wszyscy domownicy. 

Dziś do szkoły zaniosła cukierki (nie chciała nic więcej), ale w formie 4 mini kubełków do pop-cornu, w których były różne słodycze. Dzieci jej zaśpiewały sto lat i życzyły czerwonych kolorków, przygód, albo worka ziemniaków (??? – Piotrek). A po powrocie do domu dałam jej żelowe naklejki do przyklejenia na umyte tarasowe drzwi (więcej ich myć nie będę). Właściwa impreza w niedzielę! 🙂

I kubełki:

Nathan, s-x to cardio!

– Haven, s05, Mara ma naprawdę niezłe teksty 🙂

No cóż, moim cardio jest bieganie (dziś zainstalowałam sobie aplikację, która będzie mierzyć mi czas i pokonane odcinki (cdn), a jeśli chodzi o pierwszą część frazy to mówi się że to gotowanie jest największą ekstazą XXI wieku. Zaczęło się od ruchu slow-food, a rozwinęło w całą życiową filozofię. Kiedyś gotowanie to był intymny, prywatny temat, dziś to w żaden sposób zagadnienie tabu. Babcia jednej kulinarnej blogerki uznała, że to co wnuczka opisuje, że je, za nieprzyzwoite 🙂

Za mną kolejne kulinarne szkolenie 🙂 Tym razem z kuchni tajskiej. Uwielbiam takie spotkania! Formuła jest taka, że szef kuchni posiadający na ogół tematyczną restaurację (i w tym przypadku raczej nie komunikujący się w języku polskim) demonstruje nam (dziś było 16 osób, płciowo równo na pół) jak przyrządzić danie, potem sami je sobie robimy, a potem przy długim stole siedzimy i jemy. I gadamy (głównie o jedzeniu). Potem leci kolejna potrawa i proces zaczyna się od nowa. Przystawka (owoce morza w naprawdę pikantnym sosie), zupa (kokosowa, też ostra, ale te kokosowe są wszystkie do siebie podobne), danie główne (polędwica z grzybami shitake i galangą (bardzo dobre) i przystawka (krem wanilowy z tapiki z melonem- proste i pyszne). I na co iść teraz? Bałkańska, koreańska czy jednak coś typu wytrawne tarty? 🙂

a okien mycie mi nie wychodzi…

Dziś Łucja wzięła udział w Olimpiadzie Ortograficznej. To już druga tego typu impreza w której panna bierze udział. I bierze udział chętnie. Rano była tak zdenerwowana, że się spóźni, że wsiadła do samochodu i powiedziała, że mam ją zawieźć, bo dzięki temu będziemy dwie minuty wcześniej. I NIE podziałało moje tłumaczenie, że dzieci, które chodzą na piechotę do szkoły mają lepsze wyniki w nauce (wyobraźcie sobie, że odkryli to ostatnio AMERYKAŃSCY NAUKOWCY – naprawdę!), bo ona NIE MOGŁA się spóźnić.

Plus byłam w przedszkolu na dniach otwartych z angielskiego. Mieszko bardzo chciał bym przyszła go zobaczyć. Chciałby żebym też przyszła zobaczyć jak ćwiczy na rytmice oraz korektywie, i nawet (!!!)  żebym przyszła zobaczyć jak on ładnie je (na szczęście takiego wariantu nie ma :). Zajęcia w porządku, choć jak dziewczyny chodziły do przedszkola to angielski był płatny i grupa była dzielona na dwa, a co za tym idzie efekty były widoczne. Teraz wszystkie zajęcia dodatkowe są opłacane przez gminę, lecz bierze w niej udział cała grupa naraz. I tak jak powiedziała mi prowadząca po zajęciach: spektakularnych efektów w takich warunkach nie będzie, a to jak poszczególne dzieci pracują widać właściwie tylko, gdy połowa grupy jest chora i zmniejsza się liczebność. Zaobserwowałam to zresztą sama. Ale co chyba ważniejsze widziałam też Mieszka w grupie i był to widok miły. Jego cały czas ktoś trzyma za rękę. Zmieniają się ci trzymający (on chyba nie kontroluje tej rotacji), ale jedna ręka jest cały czas zajęta przez kolegów (drugą dłubie w nosie 🙂 Dziś mi też wyznał, że Oskarek i Mikuś (Mikołaj?) go całowali. I przenosili ZARAZKI. W usta go całowali :)))

<><>

Podjechałam wczoraj w nocy na myjnię. Jakoś tak z okazji św. Patryka chciałam umyć auto, tak by spod jesienno-zimowych warstw kurzu i błota wyłoniła się zielona poświata Dacii 🙂 A dziś rano pod przedszkolem gdy wysadzałam Mieszka usłyszałam burknięcie jednego z gości zbierającego na patyk śmieci na okolicznym poboczu:

  • Niektórym to się powodzi…

Tak go oszołomił ten blask 🙂 A więc jeśli macie już domy wysprzątane, jazda autem na myjnię! Czas odpimpować wiosennie auta :))

w związku z majowymi komunistami

Dziś była ostatnia katecheza dla rodziców dzieci idących do komunii. Kwiecień to będą już próby i spotkania spowiedziowe. Natomiast spotkań rodzice-ksiądz-animatorzy więcej nie będzie. O czym było dziś? O świętym Patryku (tak, to dziś wyspiarze mają swoje święto!) i o byciu we wspólnocie. O tym, że ludzie są tak skomponowani, że muszą mieć innych ludzi wokół siebie. Kazanie o wspólnocie, którą symbolizuje też czterolistna koniczyna, jest podobno najpopularniejsze w Irlandii. Było o uzdrawianiu, i o tym, że w tej przypowieści najważniejsze NIE jest same uzdrowienie, lecz to , że chory miał wokół siebie czterech ludzi, którzy gotowi byli zrobić wszystko by go uzdrowić. Chciało im się wciągnąć chorego na dach, rozebrać jego fragment i spuścić go na linach.

I o tym, że ludzie lubią teraz mówić: Próbuję z nim/nią być. Staramy się być razem. Usiłujemy się dogadać… Itd. A to są złe konstrukcje, bo przecież żadne z nas nie nie chciało by by to O NIM tak powiedziono: Że to my jesteśmy tą nią czy nim z którym się próbuje.

Bo żyjemy DLA kogoś i chcemy coś robić Z kimś. Tu nie ma miejsca na gdybanie. W każdej relacji ludzkiej, czy to rodzinnej, przyjacielskiej czy partnerskiej.

 

To były bardzo fajne spotkania. Zastanawiałam się jadąc tam dzisiaj, czy jak Lilka będzie szła, to będę kombinować jakieś zwolnienia z przygotowania 😉 bo przecież już raz to odbębniłam, ale chyba nie będę. Oprócz tego, że zimno mi było w nogi 🙂 , to było dość ciekawie i inspirująco.

<><>

Ruszyliśmy z robieniem kartek wielkanocnych. To będzie trwało kilka dni, ale za nami etap pierwszy. Malowanie akwarelami obrazków, które będą ozdabiać kartki!

A tak wygląda zmęczenie materiału: :))

Z cyklu: Porządek moją pasją

Miałam ci kiedyś fazę na zapachowe pomocniki sprzątania. Wody do żelazka, tabletki do odkurzacza i saszetki do szuflad. I przy ostatnich porządkach w gospodarczych (co jest z tą porą roku, że taka faza na czystki ludzi ogarnia?) znalazłam tego ZŁOŻA… Tych tabletek do odkurzacza to przyznaję się nigdy nie używałam, więc wymieniłam przepełniony worek i rozpoczęłam nowy wciągając najpierw taką tabletkę…

W posiadaniu psa najbardziej przeszkadza mi zapach. Sypiącą się sierść już opanowałam, więc walczę z tym zapachem. Legowisko prałam, ale gdy przestało to pomagać to wywaliłam i mamy kolejne. To nie jest subiektywne. Łucja ma jedną koleżankę i mówi, że nie lubi do niej chodzić, bo u niej CZUĆ psy. A ten zapach wbija się w ubrania i tak krąży… Jak uruchamiałam odkurzacz to ta wciągnięta sierść wirowała w worku i zapach się nasilał w całym domu.

Te tabletki to będzie naj wynalazek pierwszej połowy 2015 🙂 Psi zapach przestał wirować w powietrzu 🙂

I pojawiały się żaby. Jedna mnie wystraszyła na porannym spacerze, a drugą widziałam jak jechałam po Mieszka do przedszkola. Gość z wilczurem zatrzymał ruch i przeprowadzał przez ulicę żabę. PRZEPROWADZAŁ. Ten wilczur nic nie kumał o co chodzi :))

<><>

Mieszko bije rekordy popularności w przedszkolu. To społeczny geniusz. Chłopcy się kłócą, który ma koło niego siedzieć, a w piątek pani mi powiedziała, że Olga płakała w domu (wg relacji jej mamy), bo MIESZKO nie miał czasu się z NIĄ bawić tego dnia. A dziś młody mi opowiadał:

  • Mikołaj z Oskarkiem się kłócili, który jest moim przyjacielem. I ja POŁOŻYŁEM JEDNĄ rękę na Oskarku, a drugą na Mikołaju i powiedziałem: Jak się będziecie kłócić, to ja nie będę WASZYM przyjacielem.

Salomon, nie? 🙂 Normalnie, czteroletni mędrzec. :))

jak to w garncu

10 dni temu porzuciłam rajstopy. Lubię tą ciepłość na udach na spacerach z psem, ale sportowy duch dopingował do krioterapii… Dziś rano się przebiegłam (pot ściekał po czole, przeciekał przez rzęsy i szczypał w oczy), było okej, ale potem tak mi jakoś się chłodnawo zrobiło… Nie wiem czy jutro rano nie nałożę… 

I odkryłam jarmuż. W każdym sklepie go pełno, więc może to sezon? Wymaga dobrego zmiksowania (blender robi to słabo, czas naprawić mikser), ale razem z wodą, bananem i odrobiną oleju smakuje nie tylko mi, ale również dzieciakom.

 

Może jestem wszystkim co masz, ale nie wszystkim czego potrzebujesz

– Selfridge, siostra do brata, gdy ten postanowił się zaciągnąć (wybuchła I wojna światowa). A zdanie mi się podoba, bo jest bardzo uniwersalne 🙂


Siedzą zapatrzone w serial o syrenach. Jedna z syren rzuciła się w fale i odpłynęła. Wybrała życie w oceanie, z dala od ludzi. Widzę przejęcie na trzech buziach, więc zagajam:

  • Łucja, a gdybyś była syreną to wybrałabyś życie w oceanie?

[Łucja jest na mnie obrażona, bo miałyśmy chwilę wcześniej pogadankę o żywieniu, nie dziwi mnie jej odpowiedź]

  • Tak. Daleko od Ciebie.

Lila piszczy:

  • A ja bym została z mamą!

Lecz ja już wyszłam do kuchni. Przybiega do mnie Mieszko:

  • Mamo, Lila została by z Tobą!
  • Super. A Ty?

Młody przerażony wykrzyknął:

  • Ja nie chcę być syreną! Ja chcę być człowiekiem!!!
  • Nie będziesz syreną, nie będziesz :)))

<><>

Dostałam od trenera Łucji linka do zdjęć i czasów z zawodów. Panna na małym basenie miała 15,84 sekundy i była najlepsza wśród dziewczynek. Zdystansowała też większość chłopców z wyjątkiem Daniela, z którym stoi na podium (on miał czas 14,49 sek).

Naszyjniki przyjaźni…

Jest w klasie Łucji, w świecie ośmiolatek, moda na jeden sklep… Zmorę wszystkich mam dziewczynek 🙂 Od góry do dołu wiszą tam błyszczące bizuty, piórka, etui, opaski i spinki… Stamtąd też pochodzą pewne naszyjniki…

Pojechałyśmy we dwie by kupić prezent dla Lili. Niedługo będzie miała urodziny a chciałam by dostała prezenty również od rodzeństwa. I Łucja postanowiła WYBRAĆ dla siostry. Wiedziałam zresztą od początku, że na prezencie TYLKO dla Lilki się nie skończy 🙂 Weszłyśmy do tej błyszczącej świątyni i zaczęłyśmy się przechadzać. I panna mnie ciągnie za rękaw i szeptem mówi: 

  • ZAPYTAJ O NASZYJNIKI PRZYJAŹNI…

Z pewną więc taką nieśmiałością, a jeszcze większym zażenowaniem podeszłam do ekspedientki i pytam:

  • Czy mają Państwo naszyjniki przyjaźni?
  • Tak tu wiszą.

I pokazała CAŁĄ ścianę tych naszyjników :))) Z naszyjnikami chodzi o to, że to dwa połączone magnesem wisiorki (najczęściej w kształcie serca), które tworzą dwa osobne naszyjniki. I mają to WSZYSTKIE dziewczynki w klasie. Łucja dostała taki wisiorek od Natalki, ale Natalka jej go potem zabrała, lecz to bez znaczenia, bo Łucja chciała mieć wspólny naszyjnik przyjaźni z Zuzią. Wybrałyśmy więc taki. Dla Lilki starsza siostra wybrała BRELOCZKI PRZYJAŹNI, czyli zestaw pięciu breloczków, które rozdajesz przyjaciółkom. I jak zapewne się domyślacie Lilka ma gdzieś takie symbole 🙂 Wieczorem ją bowiem podpytywałam:

  • Liluś, a Ty byś chciała taki naszyjnik, dla siebie i dla Oli?
  • Nie.

[panna zaspana, bo poranna]

<><>

Wracam z Mieszkiem z przedszkola i wysłuchuję opowieści:

  • Mamo, a wiesz, że pani Dzidka ma w domu kajdanki?
  • Może ma męża policjanta?
  • Nie. Powiedziała, że nie ma.
  • Niektórzy dorośli mają takie rzeczy. Może jej brat jest policjantem.
  • A dziadek Oskarka je kurczaka razem z kośćmi.
  • Dziadek strażak?
  • Tak.
  • Nie mów tego dziadkowi Krzyśkowi.

(bo jeszcze będzie chciał dorównać :))

Wyobraź sobie, że siedzieli do 11-stej i tylko jeden odcinek obejrzałam!

– Lutka o synku (????) :))

Udało mi się  wciągnąć Lutkę w oglądanie seriali. Ich miłośnicy mówią to samo, co miłośnicy powieści krytykujący nowele. Po co wczuwać się w coś co trwa jeden wieczór? A serial jak wiadomo cieszy nas przez tydzień albo i dłużej (jeśli mamy wszystkie odcinki). Podrzucam więc Lutce raz na jakiś czas coś nowego i mam wrażenie, że te puste wieczory rozłąki z Krzychem (nie wiem ile jeszcze tak na dwa domy będą) jej umilam. Tyle, że przy tym przenoszeniu odkryłam, że nie ma na czym jej to przenosić. Knicka (10 odcinków) skopiowałam na 4 pendrivy (każdy był 1-gigowy). Było niby ich dużo tych nośników, ale poginęły…

Od chińskich przyjaciół zamówiłam sobie dwa 16-gigowe. Podobają mi się, bo wyglądają jak karty kredytowe:) Co prawda złoty american express miał należeć do przedstawiciela Federacji Rosyjskiej, a „należy” do mieszkańca Czarnogóry, ale już czarny HSBC jest taki jaki miał być, czyli „właścicielem” jest gość z Dubaju 🙂 Małe,  a cieszy 🙂 Btw. na All można kupić karty z zamawianym zdjęciem – też fajny patent.

Ps. skończyłam porządki w szafach… To była duża robota. Znalazłam czapki i szaliki, o których nie pamiętałam, a na jesieni nie miałam głowy to przeglądania czegokolwiek… Pochowałam grube zimowe czapy, bo co by nie było tej wiosny już ich nosić nie zamierzam 🙂 Emu przetrwało pranie w pralce, kurtki na wiosnę wszyscy mamy i na przyszłą zimę też!