
Za nami odświętowywanie siódmych urodzin Lili. Wiecie już o niej dużo, reszta jest zagadką nawet dla mnie 🙂 Goście stawili się licznie, choć nie do końca w komplecie i impreza się dziewczynie podobała. Co prawda zaraz po zdmuchnięciu świeczek na „sto lat” uciekła na górę, ale i tak musiał ją tam dogonić okrzyk: A KTO? LILA!!!



Do jedzenia zaserwowałam tajskie dania, których nauczono mnie na czwartkowym szkoleniu. Piątek upłynął na poszukiwaniach w miejscach naprawdę niezwykłych składników, ale potrzebny był mi i świeży bambus i korzeń galangi, który do tej pory zastępowałam imbirem, ale to są dwa zupełnie różne smaki. Itd. Wszystkie te potrawy robi się na szybko, więc do południa przygotowałam sobie tylko pokrojone składniki, by łatwo było je wrzucać na patelnię. Była więc zupa kokosowa Tom Kha Gai (podobna do tej, choć z niedużymi modyfikacjami), były polędwiczki z grzybami czyli Neu Pad Nam Mun Hoi (coś jak to, choć w oryginale jest polędwica wołowa, ale miałam gości nie jadających wołowiny- btw. oyster souce jest rewelacyjny) wraz z kapustą pak choi usmażoną z olejem sezamowym. Na deser, obok wybitnego tortu z nowej cukierni, był sakoo piek, czyli perły tapioki w kokosie i z melonem 🙂 Muszę przyznać, że zdałam sobie dziś sprawę, że bardzo pewnie czuję się w tych kulinarnych eksperymentach. Nie boję się, że coś komuś nie będzie smakować i chociaż tapioka była niedogotowana to gościom to w ogóle nie przeszkadzało. Mi też zresztą nie.

Prezenty się panience podobały (łącznie o dziwo z breloczkami przyjaźni, które dostała od siostry :), a dom mamy zasypany kwiatami. Mamy i żonkile, i kilka bukietów tulipanów, i róże, i goździki i nawet krokusy, które rano zrywała w ogródku (wydłubując je ze śniegu) Łucja.



Nie miałam dobrego aparatu, więc zdjęć z imprezy niet Mogę Wam tylko pokazać jeszcze tylko dwie foty z etapu przygotowań 🙂


Wszystkiego najlepszego szczerbata żabko! 🙂
