Tony, jak Ty to robisz, że przestajesz tańczyć, a grupa tańczy dalej!??

– moja instruktorka Zumby relacjonując rozmowę ze swoim Zumbo-Guru

Ma rację Hannibal, że nic nie stawia lepiej na nogi niż dobre jedzenie. Więc jem. Jak za dawnych dobrych czasów ciągle kończy mi się mąka i jajka. Dziś wykończyłam ostatnie płaty do lasagne, lecz kolejnych tej zimy nie kupuję. Idzie wiosna, czas zmieniać dietę. Ale bez obaw –  tradycyjne wiosenne odchudzanie mi nie grozi, bo… chodzę na zumbę! 🙂 Byłam w sobotę, a dziś dołączono mnie do TAJNEJ grupy zumby (którą prowadzi moja instruktorka) i moją pocztę zalały informacje o nadprogramowych spontanicznych spotkaniach :))

Nie wybieram się na nie (raz w tygodniu mi wystarczy), ale cieszy mnie zamieszanie wokół tego. Kupiłam sobie nawet MOJĄ pierwszą koszulkę do fitnessu w Stonce, ale tu akurat nie do końca trafiłam. Zawsze żywiłam obrzydzenie do tych sportowych tkanin i miałam rację. Zresztą Łucja też uważa, że w zwykłym t-hircie wyglądam lepiej. Tym samym jednak wykonałam dwa kolejne noworoczne założenia 😉

  1. Zaczęłam uprawiać sport
  2. Do domu doszedł kolejny sportowy element (wiem, że naciągane, ale ponieważ to zakup jednorazowy to ostateczne 😉

<><>

I Mieszeczek na zdjęciu. Na tablicy ogłoszeń w przedszkolu wiszą foty z zajęć ortopedycznych i proszę model się załapał!

Koci dzień

Mój ex (eM) zwykł roztrząsać postać Papieża. „Pomyśl, co ten koleś musi czuć! Pomyśl co u niego w głowie się dzieje!” Zawsze z nim polemizowałam, że na tym polega wielkość Tamtego człowieka, że on nie musiał mieć jakiegoś mega-zjazdu, bo on świat ogarniał. W tym całym chaosie, uwielbieniu i zawiści on czuł się normalny. I że Papież to człowiek z misją, który nie myśli o tym KIM jest, ale o celu jaki ma… Ale nie szło eM, w tej konkretnej kwestii przekonać 🙂

 

Koniec karnawału zbiegł się z Międzynarodowym Dniem Kota. Trąbią mi od rana w radiu, że koty są wspaniałe i że dom bez kota nie ma prawa nazywać się miejscem przytulnym 😉 Ale, akurat dziś i jeszcze przez kilka dni kota MAMY. Kot jest Lutki, babcia pojechała do dziadka (oni cały czas na dwa domy żyją w tej przeprowadzce), a żeby zwierzaka w kółko nie wozić (tym bardziej, że TEN gatunek tego nie lubi) transporter z zawartością przybył do nas. Kocica już u nas była  i jest jej wszytko jedno. Jest bardzo stara i jeszcze bardziej schorowana. Niczym ten papież eM kotka ma taki zjazd świadomości, że nie wie gdzie jest i co się z nią dzieje. O trzeciej w nocy zaczyna miauczeć, żeby ją zanieść do miski z jedzeniem,  a potem stopień po stopniu wraca do sypialni i kładzie mi się w nogach. Pies jej nie przeszkadza, a jak suka ją raz pół roku temu umyła to kotka odebrała to jako głaskanie. Ale w gruncie rzeczy podziwiam tę kocią umiejętność dostosowywania się. Prowizoryczną kuwetę w miednicy obczaiła od razu i jak musi to do niej zawsze dociera.

Uwielbiam koty. To fantastyczne zwierzęta. Każdy jest inny, czasem pojawia się jakaś nowa teoria o ich zachowaniach, ale wg mnie to opracowania naukowców pracujących na własnych (prywatnych) egzemplarzach 😉 Sziwa jest wyjątkowym psem. Boję się, że niepowtarzalnym i właściwie to tylko mnie utwierdziła w przekonaniu, że drugiej takiej nie będzie. Mam taki więc plan, że kiedyś zapełnię mój dom kotami 🙂 Teraz jej tego nie zrobię, bo chociaż kilka razy większa to panicznie się ich boi :))

<><>

Lilka robi zadanie z logopedyki. Chodzi o to, żeby połączyć pierwsze sylaby dwóch konkretnych słów i stworzyć trzecie. Ma rządki rysunków. Linijka trzecia: rogalik i samochód:

  • Kross-au… Nie pasuje!
  • Nie crossaint, tylko rogalik! 🙂 I nie auto, a samochód!
  • Aaaaa… Rosa! :))

Czasem jedyne co można zrobić to obserwować

Hannibal (rozpoczynam drugi sezon!)

Poniedziałki lubią zaczynać tydzień w biegu. Koniec z weekendowym przewalaniem się w łóżku (NIE SWOIM) i koniec z mierzeniem strojów w piżamach. Aaale, za to działa nam telewizor (będzie za dwa miesiące kiedy go nie było), Łucja zdobyła tytuł AS MIESIĄCA i dostała od pani piórnik (?!! 🙂 A Lila lizaka za wzorowe zachowanie (Lila jest faworyzowana przez wychowawczynię 😉 Odnieśliśmy kolejny worek nakrętek do przedszkola (czy już się chwaliłam, że nasze przedszkole zdobyło nagrodę za nakrętki?) I zadzwonili potwierdzić sobotnie warsztaty… 😉

Ktoś kto wątpi w swoją tożsamość jest bardziej podatny na manipulację

 – Hannibal s01  i dodaje: „Psychopaci są narcystyczni. Rzadko wątpią w to kim są.”

W oczekiwaniu na załadowanie drugiego sezonu obejrzałam „Rusałkę”. Akurat wyrzuciało mi baner, że na kinoplexie można obejrzeć, a ja nie miałam przy czym przeszywać pościeli dla Lilki (jej zestaw, który dostała wczoraj ma za duże poduszki). Zniosło mnie więc na nią…

Rusałka

Nie urzekł mnie ten film. Irytowali mnie bohaterowie, ich decyzje, marazm i dekadencja. Ale było kilka niezłych momentów. Plastycznych, wizualnych, zabawnych. Takich jak moment poczęcia (minuta, dwadziedzieścia 1,20, rozpoczynający się na czadowej sukience), sposób sprzedawania księżyca (59,26) i rozmowa na imprezie z Ritą (1,12,29 – godzina dwanaście dwadzieścia dziewięć)…

Walentego

Rozwód to porażka. Dla obu stron. Jeden z nowych bohaterów piątego sezonu Downton Abbey to ojciec przyszłego pana młodego. Doskonały, radykalny i wymagający. Ogłasza wprost: Rozwód jest niedopuszczalny. Dotyczy tylko ludzi słabych. True, true…  Nie będę wygłaszać więc dziś żadnych fraz i mądrości o miłości, bo w świetle nadchodzących zdarzeń jestem ostatnią osobą, która powinna to robić.

Dzieciaki dostały Walentynkowe prezenty (nowe pościele i stroje kuchcików), a dom załadowałam balonami w kształcie serc i żelowymi naklejkami na szyby z owada (te naklejki to będzie hit tej zimy). Balonów serc btw. nie kupujcie bo strasznie pękają przy pompowaniu, a wytestowałam dwóch różnych producentów. Pewnie będziemy mieć spacer, bo pogoda jest dziś przepiękna i wszyscy, którzy się na to zdecydują mają gwarantowane randki idealne 🙂

 

Lecz, żeby nie było tak smętnie dwa rozweselacze. Obrazek i dialog z Łucją sprzed kilku miesięcy 🙂

  • Mamo… A skąd się biorą dzieci?
  • Przecież wiesz. Mama, tata, sadzenie ziarenka w brzuchu mamy i gotowe.
  • No tak. Ale JAK to ziarenko się sadzi???
  • Yyyy… Tata ma ziarenka siusiaku i musi wsadzić go do psitki.
  • Fuj!!! Ale Ty z tatą chyba TEGO nie robiłaś?
  • Nie, nie! Myśmy inaczej sobie dali radę :))

za-balować w karnawału zenicie

Dziś balujemy! Młody w przedszkolu przebrany za Spidermana, a panny w szkole w strojach księżniczek. Panny zresztą nie do końca, gdyż Lilka odmówiła przebrania się i wychowawczyni nawet do mnie dzwoniła, że nie wie jak ją przekonać, ale kazałam odpuścić. Jakby nie było STROJE miały księżniczek:)

Ja za to włączyłam się do dekorowania. O kolorowance z Bo-Lolkiem już Wam pisałam, a dziś rano na sali gimnastycznej pompowałam balony. Wymyśliłam, że do kryształowych balonów można powrzucać różne rzeczy. Do kącika z Kopciuszkiem (klasa Łucji) dałam balony z czerwonymi płatkami i białymi styropianowymi kulkami, a do kącika Lilki (Bolek i Lolek) dałam balony z różnokolorowymi piórkami i kulkami styropianu też w różnych kolorach. To jest świetny patent, bo one się elektryzują i przyklejają do ścianek od środka. Co ciekawe wariant z piórkami NIE wyjdzie bez pompki, bo jeśli będziemy dmuchać to z każdym dmuchem wpada wilgoć (ślina) i piórka się sklejają. Można z tego zrobić super balony na komunię ładując do środka same białe kulki. Albo kulki z białymi płatkami…

Warto też wspomnieć, że tegorocznym hitem jest strój Spidermana (sądzę, że śmiało można powiedzieć o 50% Spidermenów na klasę) oraz Elza (w każdej klasie były po 3-4 dziewczynki w lodowo-błękitnych sukienkach).

Wyżej Bo-Lolek, niżej wczorajsza przymiarka kostiumów. Przy okazji padło pytanie: Mamo, a masz jakieś obcasy? A pewno, że mam, tylko nie chodzę, bo się boję :)) Ale one się nie bały :))

I balony. Szybka fota w domu i od-komórkowe zdjęcia fragmentu girlandy ze szkoły.

Tłuste pączki…(ja:sztuk dwa)

Jedynym warzywem (owocem?) wartym uwagi o tej porze roku jest awokado. Przynajmniej dla mnie.  Zaawokadowałam się tak mocno, że na stałe w domu są 3-4 owoce i jedno dziennie bez problemu zjadam. Smak pasuje mi równie mocno jak ayran na wiosnę… Co by tu zjeść? Oo, zjem awokado. W wersjach różnych. A to rozsmarowane na chlebie i posypane prażonymi kiełkami albo przytłoczone plastrem pomidora, a to z limonką, albo po prostu bez niczego. Wpadł dziś rano jeszcze-nie-były-mąż i mówi: Oo, czytałaś ten artykuł, że awokado jest takie zdrowe! Nie czytałam, co więcej jak zaczęłam go szukać to nie znalazłam. Ale znalazłam artykuły o tym, że awokado jest tłuste i nie chce nam się jeść po nim słodyczy. I to jest prawda. Słodyczy nie jadam w ogóle i szczerze, to nawet nie planowałam kupować pączków. Dzieciaki miały w jadłospisie szkolnym i przedszkolnym, więc czułam się zwolniona.

Lecz zadzwoniła Lutka, czy JUŻ jadłam i że MAM zjeść. PĄCZKI! Bo to powodzenie na cały rok. No cóż, wystarczy, że zapomniałam w tym roku o jemiole, więc bardziej nie chciałam ryzykować. Podjechałam do cukierni, kupiłam sześć! Dwa zjadłam, zasłodziło mnie strasznie więc dobrze, że w piekarniku dochodzi kasza z boczkiem to się odsłodzę 🙂

słowo na wtorek vol 6

Za mną kolejna katecheza dla rodziców dzieci idących do komunii. Nie wiem czy ten temat jest ważny wspominania o nim, ale ponieważ te spotkania są takie niezwykle mocne dla mnie, to chcę je notować. Tym razem było o duchu świętym. Nie ukrywam, że trochę się wyłączyłam do momentu aż na mównicę weszła Basia. Przemowy i historie życia członków grupy działającej przy kościele zawsze są ciekawe. I Basia (lat pewnie tyle co ja) opowiedziała o swoim życiu. Że miała świetną pracę – robiła dużą karierę, nazwała nawet stanowisko i miejsce i to rzeczywiście było COŚ. Lecz w którymś momencie do swojej dwójki dzieci postanowiła dołożyć kolejne. Adopcyjne. I jeszcze kolejne tak by stworzyć rodzinę zastępczą. Pomysł odradzali jej wszyscy. Ale czuła, że musi, że coś ją do tego pcha i teraz ma 11-ście. Mają mnóstwo problemów i wie, że nie przetrwała by bez wiary. To co ona mówiła, to nie było zwykłe „ogarniam”, zwykłe „dałem radę”/ „przeżyłem”, które czuje czasem większość ludzi. Jej sposób odczuwania życia był radością na każdy nadchodzący dzień i znoje jakie może przynieść. Nie ukrywam, że zazdroszczę takiego myślenia.

A potem były zajęcia w podgrupach i dalsze wałkowanie Ducha Świętego, czyli czy czujemy czasem, że coś nas pcha i wiemy że to dobry kierunek, chociaż się go boimy i racjonalnie to nie ma on sensu. Na koniec grupa miała się pomodlić. Ale nie wspólnie, lecz za każdego z grupy z osobna. Mieliśmy nazwać nasz problem, nasze marzenie, nasz lęk i za tę obawę pozostała szóstka na głos (trzymając ręce na tej osobie) się modliła. Jeden gość chciał poprawy relacji ze swoim starszym synem, ktoś chciał mieć więcej pozytywnych myśli, a ja długo nie mogłam się zdecydować, aż w końcu bąknęłam, że może za to,  żeby najbliższe pół roku zleciało mi szybko. Żeby JUŻ było ZA pół roku. Wyszłam z kościoła, siadłam do auta i się rozkleiłam. Dostałam taki fluid wsparcia, akceptacji i życzliwości, że aż tego nie pomieściłam. Uff…

daj Pan iskrę

Miałam kiedyś auto z niesprawnym akumulatorem. Czasy były studenckie, jeździliśmy z bratem nim do spółki, ale nauczyłam się wtedy trudnej sztuki stania na poboczu z kablami. Lat minęło wiele, tamte wydarzenia znieczuliły mnie na dylematy związane z niesprawnym autem, tym niemniej jednak jak Daczka zaczęła cudować z akumulatorem to mnie to zirytowało. Najpierw spotykało to głównie Diabla, bo notorycznie zapominał wyłączyć światła. No, ale od trzech dni przerabiałam to ja. Rano by ruszyć musiałam znaleźć kogoś by odpalić od jego silnika. A z tą iskrą to tak trochę jak z pobieraniem krwi. Niby nic Ci nie ubywa, ale znaleźć chętnego nie łatwo. Bo wszyscy się śpieszą, bo też mają słaby akumulator i boją się, że jak spróbujemy odpalić mój to czyjś zgaśnie (to się zdarza). Dojeżdżałam więc do przedszkola, nie wyłączając silnika odstawiałam Mieszka i wracałam. A jak wczoraj pojechałam z Lilką to z duszą na ramieniu piłowałam silnik pod przychodnią (po wizycie) by auto odpaliło. Baa, przejechałam ciągiem 120 km (bez radia i ładowania komórki), zjechałam na stację benzynową, wyłączyłam silnik i już nie szło wystartować…

Doszłam więc do wniosku, że chociaż sytuację ogarniam to jednak akumulator wymienię. Podjechałam do serwisu, zostawiłam auto, odbyłam uroczą pogawędkę na temat: Czy nie może Pan mnie bardziej zaskoczyć ceną? Niestety tym razem nie mógł, lecz i tak mam nowy i sprawny akumulator! W poprzednim okazało się pękła jakaś cewka i rzeczywiście się do niczego nie nadawał. Mam również zalecenia by do rozgałęźnika usb włożonego do zapalniczki nie wpinać dwóch tabletów i komórki naraz 😉

<><>

W czasach nastoletnich znalazłam na półce rodziców książkę o stresie. Bodajże Fromma. I on (chyba on) nadał poszczególnym wydarzeniom z życia człowieka liczbę. Im większą to wywoływało zmianę (dotyczyło to wydarzeń zbieranych przez pół roku) tym suma/cyfra była wyższa. Ślub, przeprowadzka, rozstanie, podarcie spodni, narodziny dziecka, zmiana auta, zacięcie w windzie, konflikt w pracy, problemy ze zdrowiem, itd. I była liczba maksymalna, która określała sytuację ponad kryzysową, kiedy to człowiek miał prawo nie poradzić sobie ze stresem. Zbieram więc kolejne punkty i mam wrażenie, że punkt krytyczny minęłam już dawno…

Idę podmucham sobie baloniki na odstresowanie (pomaga 😉

dmuchanie żegnamy z pompą

W ubiegłym tygodniu dostałam w szkole wyniki laryngologicznych badań Lilki. I niestety badania wyszły słabo. Krzywa na wykresie słuchu u panny L.  była w zupełnie innym miejscu niż u pozostałych dzieci. Razem w wynikami badania dostałam opis z prośbą o kontakt z laryngologiem. Na dziś więc udało mi się nas wcisnąć do lekarza, który operował ją  równo trzy lata temu.

Wizyta dobrze i nie jest źle. Mamy co prawda skierowanie na badanie w szpitalu, ale „bez pośpiechu”. Mamy też kropelki, które mamy zakraplać przez miesiąc. To bardzo dobra wiadomość. Przewody słuchowe Lilki mogą mieć inny kształt, więc badanie, którego polega na zapuszczeniu wiązki do ucha i zbadaniu jej trasy, może pokazywać zniekształcenia.

Co to by była za wiosna niespędzona na badaniach lekarskich z którymś z dzieci? 😀

Wracając natomiast zahaczyłyśmy o duży sklep z gadżetami imprezowymi. Dzwoniłam do nich rano, bo skoro wybrałyśmy się we dwie w taką dłuższą podróż, a sklep był całkiem w pobliżu to chciałam tam zajrzeć. A dzwoniłam by się dowiedzieć czy mają i czy odłożą dla mnie pompkę do balonów (elektryczną jednodyszową). I wyobraźcie sobie, ze mieli i zapomnieli odłożyć. Pół godziny przede mną był koleś co kupił wszystkie (??). Aaale, byłam tak przekonująca jako imprezowy kaowiec, że sprzedali mi dwudyszową (czyli większą) w tej samej cenie 🙂

Nigdy więcej dmuchania baloników! 🙂