słowo na wtorek vol 6

Za mną kolejna katecheza dla rodziców dzieci idących do komunii. Nie wiem czy ten temat jest ważny wspominania o nim, ale ponieważ te spotkania są takie niezwykle mocne dla mnie, to chcę je notować. Tym razem było o duchu świętym. Nie ukrywam, że trochę się wyłączyłam do momentu aż na mównicę weszła Basia. Przemowy i historie życia członków grupy działającej przy kościele zawsze są ciekawe. I Basia (lat pewnie tyle co ja) opowiedziała o swoim życiu. Że miała świetną pracę – robiła dużą karierę, nazwała nawet stanowisko i miejsce i to rzeczywiście było COŚ. Lecz w którymś momencie do swojej dwójki dzieci postanowiła dołożyć kolejne. Adopcyjne. I jeszcze kolejne tak by stworzyć rodzinę zastępczą. Pomysł odradzali jej wszyscy. Ale czuła, że musi, że coś ją do tego pcha i teraz ma 11-ście. Mają mnóstwo problemów i wie, że nie przetrwała by bez wiary. To co ona mówiła, to nie było zwykłe „ogarniam”, zwykłe „dałem radę”/ „przeżyłem”, które czuje czasem większość ludzi. Jej sposób odczuwania życia był radością na każdy nadchodzący dzień i znoje jakie może przynieść. Nie ukrywam, że zazdroszczę takiego myślenia.

A potem były zajęcia w podgrupach i dalsze wałkowanie Ducha Świętego, czyli czy czujemy czasem, że coś nas pcha i wiemy że to dobry kierunek, chociaż się go boimy i racjonalnie to nie ma on sensu. Na koniec grupa miała się pomodlić. Ale nie wspólnie, lecz za każdego z grupy z osobna. Mieliśmy nazwać nasz problem, nasze marzenie, nasz lęk i za tę obawę pozostała szóstka na głos (trzymając ręce na tej osobie) się modliła. Jeden gość chciał poprawy relacji ze swoim starszym synem, ktoś chciał mieć więcej pozytywnych myśli, a ja długo nie mogłam się zdecydować, aż w końcu bąknęłam, że może za to,  żeby najbliższe pół roku zleciało mi szybko. Żeby JUŻ było ZA pół roku. Wyszłam z kościoła, siadłam do auta i się rozkleiłam. Dostałam taki fluid wsparcia, akceptacji i życzliwości, że aż tego nie pomieściłam. Uff…