Nie były złe te trzy zimowe miesiące. Zima była łagodna, odśnieżałam może z pięć razy, a zamówiony jesienią metr drewna wystarczył. Jak znalazłam zdjęcia z premiery starego dywanu to przypomniałam sobie, że tamtej zimy było tak mroźno, że zaczął przeciekać dach, a na stole w kuchni stało wiadro, bo kapała do niego woda z sufitu. Przez miesiąc. Tej zimy tak nie było. Do końca rozwaliłam moje emu, ale nie potrzebowałam kolejnych zimowych butów. Nadzwyczajnie udały się ferie i osiągnęłam perfekcję w szybkim pieczeniu ciast. Hitem okazał się pleśniak, zwany też skubańcem, do którego zużywam słoje dżemów narobionych latem, ale błyskawicznie też robi mi się sernik i czekoladowe mięczaki.
Ze złych rzeczy chorowałam. Być może to zwyczajne osłabienie, co sugeruje Lutka, ale może to też wielka życiowa prawda, że niekochani chorują bardziej. Katar, chrypa i ból głowy czy kości dokuczały mi całą zimę. Nie pamiętam kiedy było tak słabo… Chyba ostatni raz na końcówce ciąży z Mieszkiem…
Dwa ważne wynalazki w dwóch różnych dziedzinach:
Jedzenie. Fazę miałam na zielone. W grudniu zajadałam się kapustą chok poi, a styczeń i luty należały do awokado.
Zabawa. Żelowe naklejki z owada. Zakleiliśmy dom dziadkom, nasze okna i zabrały dzieciaki do szkoły i przedszkola. Na święta i na Walentynki.
Odkryłam jasne szminki i wykańczam próbki kosmetyków, których mam sporo. Teraz wietrzę pościel i zaraz przebiegnę się z psem korzystając z tego, że dzieci na basenie. Ooo, kolejny plus, to wdrożyłam się w te psie spacery. Miałam okres, że one mi rozbijały cały dzień i postrzegałam je jako dodatkowy uciążliwy obowiązek, ale dobrze się po nich czuję. Dziś babka na Zumbie namawiała nas by zacząć biegać, więc może z psem przez pola trochę na wiosnę pobiegamy?
<>
Wieczorny tryptyk pt. Psie Pytanie: TO była Lilka?







































