SĄ!

Szczęśliwi i zadowoleni! Jak już wiedziałam, że do domu mają 100 kilometrów zabrałam się za pieczenie ciasta. Pleśniak z porzeczkami z lata. I jak wstawiłam do piekarnika, a oni właśnie wchodzili  to zorientowałam się, że w ogóle nie użyłam cukru 🙂 Podsypałam szybko z góry, ale nie wiem czy uda się uratować :)) Najwyżej jutro zrobię kolejne. I jakoś tak mi te dzieci przez tydzień urosły?? :DD A pies oszalał ze szczęścia i postanowił położyć się dziś spać z Lilką 🙂

 

Bałam się tego ich wyjazdu. Kiedy Diabli w połowie grudnia zakomunikował mi, że bierze dzieci na ferie, poczułam się tak jakby mi je zabierał. I to jeszcze tak daleko! Prosiłam by przyjechał do Zakopca, do naszej kwatery – my byśmy z Lutką sobie we dwie wróciły, a on by był z dzieciakami dalej… Albo by ten tydzień spędził z nimi w domu- ja bym się wyniosła. Wszędzie byle nie tak daleko… Lecz on się uparł na te Włochy, a ja właściwie nic nie mogłam zrobić. Tym bardziej, że do wyjazdu zgłosiła się jego mama, czyli mój argument, że nie można przejechać z dziećmi 3000 km samemu (tyle doszło na liczniku) upadł. Jadąc do Zakopanego wzięłam dwie walizki, chociaż nie sądziłam, że do wyjazdu dojdzie z prozaicznego powodu jakim był brak paszportu Liliany. Ale Diabli swoimi sekretnymi sposobami paszport załatwił w tydzień (??!?) i w czwartek tydzień temu dał mi znać, że jadą.

Cóż mogę powiedzieć? Wyjazd mieli wspaniały. To były najciekawsze i najlepsze ferie jakie można było sobie wymarzyć. Widzieliście zdjęcia więc wiecie, że mieli tam bajkowo. Co więcej, to chyba dobrze, że tak rzucił ich na głęboką wodę, bo te wakacje mieli tak intensywne, że nawet nie brzęczeli, że chcą do mamy. Sukces jest do tego stopnia pełen, że TAKI wyjazd mogę polecić każdej parze. Tata+dzieci. Zawsze jak do tego kompletu dochodzi mama, to wiadomo, że wszystko spada na nas, a jak byli sami dla siebie to ich relacje były dużo intensywniejsze. Nie sądziłam, że tak świetnie da sobie radę… Dzieciakom tego brakowało, a moja duma osoby niezastąpionej to jakiś większy bzdet. NIC to nie zmienia w naszych relacjach, ale na pewno bardzo dobrze rokuje na przyszłość.  Do tej pory myślałam o dzieciach, że są MOJE, tylko moje. A teraz wiem, że są też JEGO. Dorzucę Wam jeszcze trochę tej niebieskości!

<>

I ślad wieczornych spacerów po passegiacie, kiedy babcia zostawała z usypiającym Mieszkiem, a panny włóczyły się ojcem:)