Jeżdżą!!!

Z górki na pazurki, na krechę i na szybkości! Ich włoski, ubrany w kolory Ferrari, instruktor Pinio gna za nimi szybko odpychając się kijkami i krzycząc: POŁOLI!!! Przydało by się by dorzucił coś jeszcze, ale jego znajomość języka polskiego na tym się właściwie kończy. Tak między nami, potrafi pewnie też powiedzieć: „Jak się masz, kotku?”, lecz w tej sytuacji przydaje mu się to średnio.  

Ale dzieciaki się z nim dogadują co potwierdza tylko moją teorię, że blokady językowo-komunikacyjne pojawiają się później. Mówi więc do nich: spaghetti! co oznacza narty ustawione równolegle, albo PIZZA! gdy chce by jechały pługiem. Co ciekawe, tych zwrotów używano też w Zakopcu. Nie instruktorzy, ale rodzice uczący dzieci, więc zakładam, że to ci co przechodzili narciarskie szkolenie w Italii. Stok jest pusty, ośla łączka należy wyłącznie do nich, nie wiem gdzie włosi wypoczywają, ale takie obłożenie jak w polskich górach to marzenie każdego Tyrolczyka. Co zdumiewa jeszcze bardziej ceny wynajmu sprzętu są identyczne jak u nas, a nauka narciarstwa (choć trzeba to obiektywnie przyznać, jeden instruktor, a nie trzech) jest tańsza. Na górę wjeżdża się nie orczykiem, a na takich przesuwanych ruchomych taśmach. A potem trzeba tylko szybko uciec instruktorowi 😀 Żółte gogle Lilka, różowe Łucja, zielone Mieszko.