pod/na/za górkę

Pamiętam, że gdy mój brat miał małżeńskie zawirowania (który zakończyły się końcem pierwszego małżeństwa) odkrył wspinanie wysokogórskie. I opowiadał potem, że jak stanął na szczycie: ośnieżony i z odmrożonymi palcami u nóg zdał sobie sprawę, że co jest ważne w życiu. Żeby przetrwać. Pamiętam, że zakpiłam z tej jego egzaltacji mówiąc: Mały, spróbuj przetrwać tak jak wiele ludzi od pierwszego do pierwszego i wtedy poczujesz co to znaczy przeżyć. Ale takie fizyczne zmaganie jest dobre. Odwiozłam dziś bąble na plastykę i z psem u boku ruszyłam przez pola do stonki. I utonęłam w błocie. Zapadałam się coraz bardziej, ale brnęłam do przodu. Zgubiłam buta, a potem drugiego, ale wskoczyłam w nie ponownie. A potem nogi zapadły mi się do łydek i stało się jasne, że butów już nie wyjmę. Wyjęłam więc stopy, do butów nalało się błoto, więc je rękami wyjęłam(do zabłoconych części ciała doszły ręce i tułów) i wróciłam bez nich trzymając je w rękach… Do sklepu nie dotarłam, ale jak doszłam do twardszej części to te ubłocone buty jednak założyłam. I jak tak zmagałam się z tym błotem pod okiem zdumionego psa (CO ONA ZNOWU wymyśliła, ta człowiek??) to zrozumiałam, choć pewnie nie na tą skalę 😉 co miał mój brat na myśli :))

Zrobiłam czystki w szafach i zabawkach. Poleciały układanki (Mieszko pod choinkę dostał 100 elementową i ułożył, więc nie ma sensu trzymać tych mniejszych), pluszaki, lalki i książeczki. Przegląd objął też moją garderobę i też jestem z sobie dumna, że tylu rzeczy się pozbyłam. Na wiosnę muszę przejrzeć buty i kurtki. Z książeczkami mam taki patent, że jak kupimy i tak nam się średnio podoba (a w każdym zamówieniu jest coś takiego), to czytamy nie rozginając obwoluty do końca i zaraz po przeczytaniu wrzucam do szuflady prezentowej. Potem dochodzi do tego jakieś koraliki, piłka, okularki do pływania albo samochodzik i mamy szybki fant na niespodziewane urodziny.

I jeszcze jeden patent. Kupiłam Łucji spodnie narciarskie. Takie najprostsze, w sklepie do którego chciałam dziś dotrzeć 😉 Nie czuję klimatu ekscytacji odzieżą sportową, więc wariant minimum wydaje mi się wystarczający. Ale były takie grafitowo- bezpłciowe. Na szczęście dziewczyny dostały od Mikołaja farby do tkanin. Różne rodzaje. Wybraliśmy takie które wysychają same,oraz takie, które pęcznieją pod wpływem powietrza z suszarki do włosów (bałam się wybrać te co trzeba zaprasowywać, bo to jednak plastikowa tkanina. I dziś pozwoliłam Łucji zaszaleć 😉 Gdyby nie wyszło, to przecież za rok można wymienić na kolejne. Zresztą nie wiadomo czy to się nie poodkleja, więc efekt ma być na jeden sezon!

Najpierw doszło serduszko na kolanie, potem kwiatek koło kieszeni i słoneczko z drugiej strony…

Potem choinka i wypełnienie serduszka…

Z rozpędu doszły fale i łańcuch górski na nogawkach!

Na koniec padło pytanie: Co teraz malujemy??? 🙂 Więc odpowiedziałam: CZEKAMY aż wyschnie, żeby zobaczyć efekt końcowy. Potem zobaczym