Katecheza – spotkanie trzecie

Za mną kolejna katecheza dla rodziców dzieci idących do komunii. Na spotkaniu grudniowym mnie nie było, bo po prostu nie było z kim zostawić dzieciaków, a dzisiaj Lutka dała radę i wnukami się zajęła. 

I jak było dziś??? Nieźle. Ksiądz rozpoczął od słów: Ile to razy upieraliśmy się, że sami sobie damy radę. Że to to nasze życie, nasz problem i nikt nie będzie nam pomagał. Jak takie małe uparte bachory. Ja SAM!!! A przecież człowiek nigdy nie jest sam. Zawsze jest KTOŚ u jego boku. Ile to razy coś się w życiu zawaliło i nagle przychodziła nieoczekiwana pomoc. Czy umieliśmy ją dostrzec? Czy doceniliśmy ten znak? Czy skorzystaliśmy z pomocnej dłoni?

!!! Trafione w sedno mojego obecnego stanu. Było też wystąpienie osoby, której wszystko się zawaliło i te znaki dostrzegła. A potem ksiądz zapalił tę wielką świecę, która stoi przy ołtarzu, zgasił światło, zaczęła śpiewać jedna z parafianek i naszym zadaniem było zapalenie OD tego wielkiego światła (światła wiary i światła pomocy) długich żółtych świeczek. Ruszyliśmy w stronę ołtarza, a środkiem kościoła szedł proboszcz, który nam te świeczki rozdawał. Przy samym ołtarzu była wielka piaskownica na takim podwyższeniu. Po środku palcem narysował znak ryby. I tam też wbijaliśmy te świeczki. Tak by kościół był rozświetlony naszą nadzieją w wiarę.

A potem było spotkanie w grupach, gdzie każdy miał opowiedzieć czy zdarzyło mu się poczuć pomoc z góry. I nie da się ukryć, że ja to poczułam. Właściwie to wszystko co wokół mnie dzieje, jest pełne znaków. I powiedziałam to, że czułam. Że nie wiem czy to Bóg, duch babci, czy jeszcze coś innego, ale czuję że coś jeszcze jest.