




Ostatni raz byłam w Zakopcu lat temu będzie z 17-ście… I niezmiennie twierdzę, że jest tam wspaniale. Może i wytrawni narciarze nie mają tam gdzie się rozpędzić, ale dla początkujących-turystów-rekreacyjnych jest tam idealnie. Pojechaliśmy w piątkę: ja, dzieciaki i babcia i śmiem twierdzić, że NIE ma NIEZADOWOLONYCH z tej wyprawy. Było świetne jedzenie, było morze zimowych atrakcji i był śnieg, choć nie taki jak sypnął minionej nocy, kiedy to myślałam, że nie wykopię auta…




Lokum trafiło nam się na wprost lodowiska (przydały się więc łyżwy!). Co ciekawe właścicielka pensjonatu nie uważała tego za żadną atrakcję, więc było to dla nas ogromne i pozytywne zaskoczenie. Spróbowaliśmy jazdy na nartach (tzn. dzieci) i odnieśliśmy sukces. (!!!!) Każde dziecko miało swojego instruktora (to standard) i trafiły się im osoby wyjątkowe.
Łucja (dwa pierwsze zdjęcia niżej) miała pana Piotrka, który był ambitny, konkretny i autentycznie zachwycony talentem panny. Podnosił poprzeczkę, a ona świetnie dawała sobie radę. Już na drugiej lekcji wjeżdżała samodzielnie wyciągiem i dobrze radziła sobie z zadaniami wymyślanymi przez niego na stoku.
Lilka (dwa środkowe) miała Ryśka. Rysiek to był pracownik TOPR-u i cały czas gadał. Gadali do siebie oboje i byli dobrani idealnie. Rysiek sypał żartami w stylu: Na szczęście człowiek nie ma wpływu na pogodę, bo u sąsiada cały czas szedł by GROD. Bo Rysiek zaciągał po góralsku. Jak wjeżdżali razem na górę, to Lilka oplatała rękami jego nogę. Symbioza pełna.
A Mieszko (dwa najniższe) trafił na pana Pawła, który był młody, przystojny, ale dwumetrowy. I strasznie się męczył z taką małą kulką, która się cały czas przewracała, lecz ani na chwilę nie stracił cierpliwości. Nauczył Mieszka hamować i skręcać i kilka krótkich ślizgów też im wyszło. Wszyscy trzej instruktorzy umówili się z dzieciakami na przyszły rok 🙂






Wjechaliśmy na Gubałówkę i na skocznię. Spróbowaliśmy pokonać kawałek trasy w dolinie Chochołowskiej i kawałek pokonaliśmy. Jedzeniowo odkryliśmy kasze i nie pamiętam kiedy dzieci TAK mi jadły. Udało mi się też zrealizować mój wymarzony wakacyjny plan, czyli nie ruszać przez cały okres kanikuły auta.







Na Krupówkach SIĘ dzieje. Pierwszego dnia spotkaliśmy wychowczynię Lilki (wieeecie jaki to był szał?), panią ze świetlicy i ekspedientkę z pobliskiego naszemu domu sklepu. Jest też miejsce na które jest skierowana całodobowa kamera i wszyscy tam stają i dzwonią do domu. Psy chodzą w ubrankach (to też był nasz hit), a w te i spowrotem przechadzają się miśki, z którymi Lilka przybijała piątkę. Trafiliśmy też na zespół Filozof, który specjalnie dla nas ułożył (to się chyba freestyle nazywa) na biegu piosenkę zaczynającą się od słów: Idzie matka z trójkiem POTOMSTWA 🙂 Gdy nie ma śniegu, to można pożyczyć nakładki z kółkami do sanek i dzieci się i tak ciąga 🙂 W końcu jesteśmy w górach, nie? 😉








Jak dla NAS wyjazd zdecydowanie do powtórki! 😀
