sobotnia leniwość

spać nie pospały, zjadły mój rosół (choć za nim nie przepadają, to go chyba za nim się stęskniły), robi się pranie, suszy się pranie, w kominku napaliłam, a zaraz będzie wspólny z psem spacer

spodobał im się Walentynowy look domu (wymieniłam świąteczne obrusy i rekwizyty na czerwony obrus w wielkie grochy i czerwone gadżety), rozsypały wszystkie klocki i pościągały sobie nowe gry na tablety (Wiejskie Życie), dopytują więc raz po raz:

  • Mamo, a co to jest hardonaj? Mam takie w grze.
  • Może coś z włosami? Zaraz spojrzę, Łucza… 
  • O tu!
  • A chardonnay! To takie winogrona z których robi się wino.
  • To zasadzę 🙂

SĄ!

Szczęśliwi i zadowoleni! Jak już wiedziałam, że do domu mają 100 kilometrów zabrałam się za pieczenie ciasta. Pleśniak z porzeczkami z lata. I jak wstawiłam do piekarnika, a oni właśnie wchodzili  to zorientowałam się, że w ogóle nie użyłam cukru 🙂 Podsypałam szybko z góry, ale nie wiem czy uda się uratować :)) Najwyżej jutro zrobię kolejne. I jakoś tak mi te dzieci przez tydzień urosły?? :DD A pies oszalał ze szczęścia i postanowił położyć się dziś spać z Lilką 🙂

 

Bałam się tego ich wyjazdu. Kiedy Diabli w połowie grudnia zakomunikował mi, że bierze dzieci na ferie, poczułam się tak jakby mi je zabierał. I to jeszcze tak daleko! Prosiłam by przyjechał do Zakopca, do naszej kwatery – my byśmy z Lutką sobie we dwie wróciły, a on by był z dzieciakami dalej… Albo by ten tydzień spędził z nimi w domu- ja bym się wyniosła. Wszędzie byle nie tak daleko… Lecz on się uparł na te Włochy, a ja właściwie nic nie mogłam zrobić. Tym bardziej, że do wyjazdu zgłosiła się jego mama, czyli mój argument, że nie można przejechać z dziećmi 3000 km samemu (tyle doszło na liczniku) upadł. Jadąc do Zakopanego wzięłam dwie walizki, chociaż nie sądziłam, że do wyjazdu dojdzie z prozaicznego powodu jakim był brak paszportu Liliany. Ale Diabli swoimi sekretnymi sposobami paszport załatwił w tydzień (??!?) i w czwartek tydzień temu dał mi znać, że jadą.

Cóż mogę powiedzieć? Wyjazd mieli wspaniały. To były najciekawsze i najlepsze ferie jakie można było sobie wymarzyć. Widzieliście zdjęcia więc wiecie, że mieli tam bajkowo. Co więcej, to chyba dobrze, że tak rzucił ich na głęboką wodę, bo te wakacje mieli tak intensywne, że nawet nie brzęczeli, że chcą do mamy. Sukces jest do tego stopnia pełen, że TAKI wyjazd mogę polecić każdej parze. Tata+dzieci. Zawsze jak do tego kompletu dochodzi mama, to wiadomo, że wszystko spada na nas, a jak byli sami dla siebie to ich relacje były dużo intensywniejsze. Nie sądziłam, że tak świetnie da sobie radę… Dzieciakom tego brakowało, a moja duma osoby niezastąpionej to jakiś większy bzdet. NIC to nie zmienia w naszych relacjach, ale na pewno bardzo dobrze rokuje na przyszłość.  Do tej pory myślałam o dzieciach, że są MOJE, tylko moje. A teraz wiem, że są też JEGO. Dorzucę Wam jeszcze trochę tej niebieskości!

<>

I ślad wieczornych spacerów po passegiacie, kiedy babcia zostawała z usypiającym Mieszkiem, a panny włóczyły się ojcem:)

a za oknem DZIEŃ

Ostatni dzień dzieciaki spędziły na łyżwach i na termach (Mamo, a czy TY wiesz, że tu jazzuzi było z morską wodą??!). Jutro wracają, a ja muszę się przyznać za wiele nie narobiłam, chociaż jestem wyspana jak nigdy. Wszyscy są zadowoleni, podobno nie było marudzenia (jak to możliwe???) i narzekania (co za ogromna niesprawiedliwość! :). Cóż  mogę powiedzieć… do wychowywania potrzebne są jednak dwie osoby i ten tata to zawsze jednak tata. Na skypowej pogawędce przed chwilą widziałam, że panny mają za plecami okno, a za oknem środek dnia. Wierzyć nie chciały, że u nas już ciemno. 

<<>>

I coś o czy warto pamiętać, bo to przecież dodatkowa atrakcja wyjazdu: w górach gdzie wjeżdżają kolejką, śnieg jest po pas, a na dole ciepło jak na wiosnę!

Jeżdżą!!!

Z górki na pazurki, na krechę i na szybkości! Ich włoski, ubrany w kolory Ferrari, instruktor Pinio gna za nimi szybko odpychając się kijkami i krzycząc: POŁOLI!!! Przydało by się by dorzucił coś jeszcze, ale jego znajomość języka polskiego na tym się właściwie kończy. Tak między nami, potrafi pewnie też powiedzieć: „Jak się masz, kotku?”, lecz w tej sytuacji przydaje mu się to średnio.  

Ale dzieciaki się z nim dogadują co potwierdza tylko moją teorię, że blokady językowo-komunikacyjne pojawiają się później. Mówi więc do nich: spaghetti! co oznacza narty ustawione równolegle, albo PIZZA! gdy chce by jechały pługiem. Co ciekawe, tych zwrotów używano też w Zakopcu. Nie instruktorzy, ale rodzice uczący dzieci, więc zakładam, że to ci co przechodzili narciarskie szkolenie w Italii. Stok jest pusty, ośla łączka należy wyłącznie do nich, nie wiem gdzie włosi wypoczywają, ale takie obłożenie jak w polskich górach to marzenie każdego Tyrolczyka. Co zdumiewa jeszcze bardziej ceny wynajmu sprzętu są identyczne jak u nas, a nauka narciarstwa (choć trzeba to obiektywnie przyznać, jeden instruktor, a nie trzech) jest tańsza. Na górę wjeżdża się nie orczykiem, a na takich przesuwanych ruchomych taśmach. A potem trzeba tylko szybko uciec instruktorowi 😀 Żółte gogle Lilka, różowe Łucja, zielone Mieszko.

„Boyhood brought you here, admit it…”

Odfajkowałam fryzjera, byłam w Urzędzie Pracy i zrobiłam większą część dekoracji na bal Lilki do szkoły. Zabiłam również mysz. :/ W worku z psią karmą była dziura, postawiłam łapkę i godzinę później było po. Myszka była ładna, dorodna po tym psim żarciu i żal mi jej :((( Muszę gdzieś kupić te żywołapki, to będę złapane myszki wynosić na pole.  I obejrzałam Boyhood!!! Do drugiej w nocy siedziałam… Zdecydowanie TO jest właśnie film roku 2014 🙂 Wspaniały! Wyżej piosenka z.  Tytuł wpisu to jeden z komentarzy pod tym kawałkiem.

<>

Pochwalę się jeszcze dekoracjami! Pomysł nie jest mój, to idea babki z Goku (tej samej, która będzie robić Łucji wianek na komunię.) Gadałyśmy i ona opowiadała, że ponieważ budują dom, dużo bywa w budowlanych marketach i hurtowniach i jest tam sporo materiałów do wykorzystania w pracach plastycznych. Np. rolki papieru malarskiego. Zaczęłyśmy gdybać co można z nimi zrobić i ziarno pomysłu zakiełkowało. A w szkole będzie bal i każda klasa ma temat jakiejś bajki. Lili klasa wylosowało Bolka i Lolka. Więc NAMALOWAŁAM takie postacie (to naprawdę było proste, chociaż Bolek jest łatwiejszy) ołówkiem i markerem poprawiłam. Teraz zaniosę do szkoły z dużym opakowaniem farbek i dzieciaki na zajęciach pokolorują 🙂 Do zestawu dołączę przezroczystą taśmę klejącą (też z marketu) i pomalowane figurki będzie można powiesić w kąciku 1-szej B! :))

blue, blue sky

Pisałam wiele razy o tym, że Lutka pochodzi z Miasta Chrząszcza. Podobnie jak wielu malarzy, którzy rodzili się i najchętniej tworzyli właśnie tam. Jeden z nich powiedział: Takie niebo jak w Szczebrzeszynie jest tylko we Włoszech… Aktualnego zdjęcia z Roztocza nie mam, ale Italię mogę Wam wkleić! Jak widać zabawa jest przednia!

Mamo, TYLKO nie baw się moimi klockami!

– Mieszko wczoraj rano 

Rozpoczynamy drugi tydzień ferii. Właściwie to nie -MY, bo rozpoczął Diabli i nie -MY, bo już rozpoczął. Wczoraj wcześnie rano ruszyliśmy z Zakopca i na w jednym z punktów obwodnicy Krakowa nastąpiło przekazanie dzieci i wymiana aut. Z jednego wyszłam ja z Lutką i zabrałyśmy nasze walizki, z drugiego Diabli i jego mama z ich bagażami. Zamieniliśmy się kluczami do samochodów i z gulem w żołądku popatrzyłam jak odjeżdżają.

To jest coś co emocjonowało mnie ostatnie dwa miesiące. Bardziej niż jakiekolwiek inne wydarzenie w tym czasie.  Lecz jest to coś z czym muszę się pogodzić… Chcę by tata istniał w ich życiu, więc elementem tego będą wspólne wyjazdy jego z dziećmi. Nienawidzę się z nimi rozstawać, nie zdarza mi się to i czuję się z tym źle, ale nie bardzo można to rozwiązać inaczej. Pojechali daleko, dopiero przed północą dotarli na miejsce i się ze-skype-owaliśmy. Dzisiaj rano już zresztą też. Dzieci są zadowolone, noc przespały (chyba czuły, że mi się śniło, że mnie wołają, więc co chwila wstawałam) i wracają w piątek. Bardzo bym chciała wykorzystać ten czas. Podobnie jak w przypadku wyjazdu Łucji na zieloną szkołę TE kilka dni powinno być bardzo aktywnych. Mam ułożoną w głowie listę rzeczy 2DO, ale chyba to sobie jeszcze spiszę. Nie planuję gotować obiadów, chcę zrobić dwie potrawy z mięsem mielonym i je w chwili głodu podjadać. Mam przy sobie psa, którego odstawiono mi wczoraj i który utęskniony mnie powitał trzymając kolejną zjedzoną poduszkę w zębach (chyba muszę z nim pójść do psychologa, bo już mam dość tego podjadania domu 🙂

 

Ruszam więc! Tylko jeszcze tak refleksyjnie po-powrotowo o tym co muszę pamiętać zabierać na kolejne wyjazdy w góry z dziećmi. Przede wszystkim sukienki i spódniczki są niepotrzebne. I dresikowe spodenki. Potrzebne są kombinezony (spodni przydało by się po 2 sztuki) i co najmniej dwie pary zimowych butów dla każdego dziecka i każdego dorosłego. Jak się nasypał śnieg to buty lądowały z gazetami w środku na piecyku, ale na zewnątrz trzeba było przecież wychodzić. Potrzebny jest zapas szalików, czapek i rękawiczek (powód ten sam). Niezbędne są skarpetki. Czasem rajstopy ratowało szybkie zdjęcie mokrych skarpetek. Fajnie, że wzięłam też dzbanek do herbaty bo robiłam jedną dużą herbatę, co w takich polowych warunkach, gdzie połowę pokoju zajmują suszące się rzeczy było ważne. Przydaje się też książka, ja z braku lektury połknęłam dwie książki Łucji 🙂

Zakopani!

Ostatni raz byłam w Zakopcu lat temu będzie z 17-ście… I niezmiennie twierdzę, że jest tam wspaniale. Może i wytrawni narciarze nie mają tam gdzie się rozpędzić, ale dla początkujących-turystów-rekreacyjnych jest tam idealnie. Pojechaliśmy w piątkę: ja, dzieciaki i babcia i śmiem twierdzić, że NIE ma NIEZADOWOLONYCH z tej wyprawy. Było świetne jedzenie, było morze zimowych atrakcji i był śnieg, choć nie taki jak sypnął minionej nocy, kiedy to myślałam, że nie wykopię auta…

Lokum trafiło nam się na wprost lodowiska (przydały się więc łyżwy!). Co ciekawe właścicielka pensjonatu nie uważała tego za żadną atrakcję, więc było to dla nas ogromne i pozytywne zaskoczenie. Spróbowaliśmy jazdy na nartach (tzn. dzieci) i odnieśliśmy sukces. (!!!!) Każde dziecko miało swojego instruktora (to standard) i trafiły się im osoby wyjątkowe. 

Łucja (dwa pierwsze zdjęcia niżej) miała pana Piotrka, który był ambitny, konkretny i autentycznie zachwycony talentem panny. Podnosił poprzeczkę, a ona świetnie dawała sobie radę. Już na drugiej lekcji wjeżdżała samodzielnie wyciągiem i dobrze radziła sobie z zadaniami wymyślanymi przez niego na stoku.

Lilka (dwa środkowe) miała Ryśka. Rysiek to był pracownik TOPR-u i cały czas gadał. Gadali do siebie oboje i byli dobrani idealnie. Rysiek sypał żartami w stylu: Na szczęście człowiek nie ma wpływu na pogodę, bo u sąsiada cały czas szedł by GROD. Bo Rysiek zaciągał po góralsku. Jak wjeżdżali razem na górę, to Lilka oplatała rękami jego nogę. Symbioza pełna.

A Mieszko (dwa najniższe) trafił na pana Pawła, który był młody, przystojny, ale dwumetrowy. I strasznie się męczył z taką małą kulką, która się cały czas przewracała, lecz ani na chwilę nie stracił cierpliwości. Nauczył Mieszka hamować i skręcać i kilka krótkich ślizgów też im wyszło. Wszyscy trzej instruktorzy umówili się z dzieciakami na przyszły rok 🙂

 

Wjechaliśmy na Gubałówkę i na skocznię. Spróbowaliśmy pokonać kawałek trasy w dolinie Chochołowskiej i kawałek pokonaliśmy. Jedzeniowo odkryliśmy kasze i nie pamiętam kiedy dzieci TAK mi jadły. Udało mi się też zrealizować mój wymarzony wakacyjny plan, czyli nie ruszać przez cały okres kanikuły auta.

Na Krupówkach SIĘ dzieje. Pierwszego dnia spotkaliśmy wychowczynię Lilki (wieeecie jaki to był szał?), panią ze świetlicy i ekspedientkę z pobliskiego naszemu domu sklepu. Jest też miejsce na które jest skierowana całodobowa kamera i wszyscy tam stają i dzwonią do domu. Psy chodzą w ubrankach (to też był nasz hit), a w te i spowrotem przechadzają się miśki, z którymi Lilka przybijała piątkę. Trafiliśmy też na zespół Filozof, który specjalnie dla nas ułożył (to się chyba freestyle nazywa) na biegu piosenkę zaczynającą się od słów: Idzie matka z trójkiem POTOMSTWA 🙂  Gdy nie ma śniegu, to można pożyczyć nakładki z kółkami do sanek i dzieci się i tak ciąga 🙂 W końcu jesteśmy w górach, nie? 😉

Jak dla NAS wyjazd zdecydowanie do powtórki! 😀

Kłamstwo zmienia wszystko

– Beauty and the Beast, s02e03, siostry rozmawiają, a serial jest podobnie jak sezon pierwszy, bardzo przyjemny

W ramach czyszczenia lodówki odkryłam, że mam śledzie i śmietanę. Cebula też się znalazła. Oczywiste danie zrobiłam w pewnej szklanej miseczce, którą dostałam dwa tygodnie temu od Krzycha. Miseczka wydawała mi się idealne, bo jest do niej pokrywka, więc łatwo było by później wstawić do lodówki bez ryzyka, że będzie ten śledź wszędzie. Aaale, nie mogłam tej pokrywki znaleźć i trochę się zdenerwowałam. Mam ją od dwóch tygodni, a już zaginęła bez wieści. Przysiadłam więc do porządków w kolejnej szafce kuchennej. Takiej w której trzymam plastikowe pojemniki, foremki do pieczenia, sztućce dla gości i gadżety na party (tacki, serwetki i kubeczki). Znalazłam butelki ze smoczkiem (??? – poleciały) i ręczny laktator (???? – poleciał). Dołączyły do nich pojemniki bez pokrywek itd… Potem zanim drożdże ogłosiły GŁÓD przejrzałam jeszcze szuflady (przecierów pomidorowych NIE kupować przez pół roku!) i znaleźć przepis na wykorzystanie groszku w puszkach (4 sztuki). I tyle było tych czystek, bo musiałam jeszcze porządek w łazienkach i zaszaleć z odkurzaczem. 

Teraz jem te śledzie (pokrywka była w zmywarce) i zaraz ruszam z wyzwaniem kolejnym, czyli pakowaniem. Jutro rano jedziemy w GÓRY! Razem z nami Lutka. Pies odwieziony do babci Krysi i za nami morze dziecinnych łez, że rozstają się z Kiełbasą 🙂 Powrót w sobotę, śnieg ma być od wtorku, stroje narciarskie są, więc może nawet zapiszemy się na kurs narciarski ? Tweety będą!

pod/na/za górkę

Pamiętam, że gdy mój brat miał małżeńskie zawirowania (który zakończyły się końcem pierwszego małżeństwa) odkrył wspinanie wysokogórskie. I opowiadał potem, że jak stanął na szczycie: ośnieżony i z odmrożonymi palcami u nóg zdał sobie sprawę, że co jest ważne w życiu. Żeby przetrwać. Pamiętam, że zakpiłam z tej jego egzaltacji mówiąc: Mały, spróbuj przetrwać tak jak wiele ludzi od pierwszego do pierwszego i wtedy poczujesz co to znaczy przeżyć. Ale takie fizyczne zmaganie jest dobre. Odwiozłam dziś bąble na plastykę i z psem u boku ruszyłam przez pola do stonki. I utonęłam w błocie. Zapadałam się coraz bardziej, ale brnęłam do przodu. Zgubiłam buta, a potem drugiego, ale wskoczyłam w nie ponownie. A potem nogi zapadły mi się do łydek i stało się jasne, że butów już nie wyjmę. Wyjęłam więc stopy, do butów nalało się błoto, więc je rękami wyjęłam(do zabłoconych części ciała doszły ręce i tułów) i wróciłam bez nich trzymając je w rękach… Do sklepu nie dotarłam, ale jak doszłam do twardszej części to te ubłocone buty jednak założyłam. I jak tak zmagałam się z tym błotem pod okiem zdumionego psa (CO ONA ZNOWU wymyśliła, ta człowiek??) to zrozumiałam, choć pewnie nie na tą skalę 😉 co miał mój brat na myśli :))

Zrobiłam czystki w szafach i zabawkach. Poleciały układanki (Mieszko pod choinkę dostał 100 elementową i ułożył, więc nie ma sensu trzymać tych mniejszych), pluszaki, lalki i książeczki. Przegląd objął też moją garderobę i też jestem z sobie dumna, że tylu rzeczy się pozbyłam. Na wiosnę muszę przejrzeć buty i kurtki. Z książeczkami mam taki patent, że jak kupimy i tak nam się średnio podoba (a w każdym zamówieniu jest coś takiego), to czytamy nie rozginając obwoluty do końca i zaraz po przeczytaniu wrzucam do szuflady prezentowej. Potem dochodzi do tego jakieś koraliki, piłka, okularki do pływania albo samochodzik i mamy szybki fant na niespodziewane urodziny.

I jeszcze jeden patent. Kupiłam Łucji spodnie narciarskie. Takie najprostsze, w sklepie do którego chciałam dziś dotrzeć 😉 Nie czuję klimatu ekscytacji odzieżą sportową, więc wariant minimum wydaje mi się wystarczający. Ale były takie grafitowo- bezpłciowe. Na szczęście dziewczyny dostały od Mikołaja farby do tkanin. Różne rodzaje. Wybraliśmy takie które wysychają same,oraz takie, które pęcznieją pod wpływem powietrza z suszarki do włosów (bałam się wybrać te co trzeba zaprasowywać, bo to jednak plastikowa tkanina. I dziś pozwoliłam Łucji zaszaleć 😉 Gdyby nie wyszło, to przecież za rok można wymienić na kolejne. Zresztą nie wiadomo czy to się nie poodkleja, więc efekt ma być na jeden sezon!

Najpierw doszło serduszko na kolanie, potem kwiatek koło kieszeni i słoneczko z drugiej strony…

Potem choinka i wypełnienie serduszka…

Z rozpędu doszły fale i łańcuch górski na nogawkach!

Na koniec padło pytanie: Co teraz malujemy??? 🙂 Więc odpowiedziałam: CZEKAMY aż wyschnie, żeby zobaczyć efekt końcowy. Potem zobaczym