Zleciał pierwszy szkolny weekend. Wymyśliłam, że ma być taki lajtowy, wcisnęło się w luźny grafik, wizytę z Lilką u dentysty i zakupy uzupełniające wyprawki (jest lampka na biurko!). Wyrobione zostały zapasowe kluczyki do szafek szkolnych, zjedzony kilogram świeżych orzechów laskowych, ale ogólnie nic się nie działo 🙂 Z pseudo dystansem patrzyłam na imprezy święta ziemniaka czy bulw odbywające się po całej Polsce (jeszcze kiedyś się załapiemy) i wycinaliśmy pojedyncze gałęzie w ogródku. Mieszko w sobotę się zdziwił, że nie idzie do przedszkola (A co to jest weekend?), ale ucieszyło go to, bo po trzech dniach chodzenia, stwierdził podobnie jak Łucja pięć lat temu, że on JUŻ BYŁ, więc więcej nie musi iść :))
Łucja do Lili (panny kontynuują rozbudowywanie własnego języka):
- Lila powiedz to po KOCIEMU.
- Nie znam kociego.
- Znasz psi.
- Psi jest łatwiejszy.
