Od kilku lat wisiała nade mną jedna urzędowa sprawa. I nawet któregoś lata zabrałam się za załatwianie, ale jak wjechałam do pierwszej instytucji, to chociaż były ze mną tylko dziewczyny (było to jeszcze przed Mieszkiem) to poddałam sprawę. Za gorąco, za długo i za trudne… I tak wisiało dalej, bo przecież jak tu z dziećmi pod pachami wielogodzinny tour po urzędach robić??
I dziś załatwiłam :))) Ależ mi się nie chciało, ale postanowiłam i załatwiłam! Zajęło mi to prawie sześć godzin, odwiedziłam cztery różne urzędy (niektóre dwukrotnie), jeździłam, chodziłam po długich korytarzach, pobierałam numerki, kupowałam znaczki sądowe, zjeżdżałam windą i wchodziłam po schodach. Czekam jeszcze na pismo urzędowe, ale one już pocztą przyjdzie. Monotonne to było strasznie, więc nie będę Wam przynudzać, choć mam taką dłuższą refleksję, że nie należy po ślubie zmieniać nazwiska, bo to utrudnia wiele spraw…
Aaale, czekając na otwarcie banku weszłam z nudów (pożarwszy wpierw rurkę z kremem;) do pobliskiego sklepu z gitarami!
Extra! Koleś mi zrobił kwadrans wyczerpującego wykładu o gitarach, wiem już, żeby nie kupować dzieciom dziecięcych gitar i wiem dlaczego z akustycznych są najlepsze hiszpańskie. Nie wiem jeszcze co z tą wiedzą zrobię, ale WIEM dużo :)) A w nagrodę za żmudny dzień, w szkole znalazł się piórnik. Znalazły panie, które sprzątają i bardzo mnie to ucieszyło :))
