Dzisiejszy dzień jest ważny. Jest słonecznie, do kin weszła Pszczółka Maja (o paradoksie, to ulubiona bajka mojego dzieciństwa), schodzi mi mały paznokieć u lewej nogi i jest mi dobrze. Dokładnie kilka minut po ósmej rano skończyłam 40 lat. Na tę okoliczność zrobiłam sobie test na menopauzę (jeszcze nie teraz i Lutka mnie uspokoiła, że nas to dopada kawałek po 50-tce) i test „ile lat ma Twoja dusza”. Tego drugiego nie ukończyłam, bo po pierwszym pytaniu, kiedy sama dla siebie kupiłam sobie soczek w kartoniku, przyszło kolejne: które ze słodyczy lubię najbardziej? Do wyboru miałam żelki, pianki, gumę do żucia i twardą czekoladę. A jako, że lubię to ostatnie to zdałam sobie sprawę, że wynik testu może mnie nie zadowolić 😉 Kupiłam też sobie mocny krem na noc i nową szminkę.
Nie minęło jak jeden dzień. Właściwie to mam wrażenie, że moimi przygodami można by obdzielić kilka osób, albo przynajmniej dokładnie wypełnić stuletnie życie. I cały czas dzieje się dużo. Bardzo mnie cieszy, że ostatnio nauczyłam się sobie dogadzać. Kupić kawę na stacji benzynowej, albo fast fooda, nie kalkulując, że za chwilę będę w domu. Odkryłam w tym roku, że lubię masaże i że mam już całkiem duże dzieci, które mi bardzo pomagają. Mam jakieś tam plany, ale nie lubię za dużo patrzeć do przodu. Podobnie jak do tyłu… Ciekawi mnie co dzieje właśnie teraz. A teraz stukam na kompie, za chwilę pakuję nas na basen, a potem dam się zabrać do knajpy. I to jest najważniejsze. Magia cyfr, magia dat. Pierwszy dzień nowego życia :))
<><>
update o 18
Warto zaznaczyć, że obiadowa miejscówka była niezwykła. To takie miejsce gdzie podają frytki z kalarepki, a ponad połowa nazw dań z niedużego menu nic mi nie mówi ;)) Zjadłam grasicę cielęcą z chipsami z kalafiora podanego na cielęcym jusie (ha, wiem, dla WAS to TEŻ enigma 😉 oraz zupę dyniową z kalmarami i kawiorem z imbiru (??). A dania pozostałych członków rodziny były równie tajemnicze (Diabli miał lody z rukwii wodnej ;)). I powiem Wam, że to było… ciekawe :))