Na Zieloną Szkołę. Łucza oczywiście. Na całe pięć dni, bo powrót dopiero w piątek. I daleko, bo gdzieś w góry na drugi koniec Polski! Wyjazd był kilka minut po szóstej, więc mam nadzieję, że większość podróży prześpi. Ja miałam rano biegunkę niczym za dobrych studenckich czasów przed egzaminem 🙂
Zapakowałam ją w małą fioletową walizkę, która była kiedyś moja, ale jest za licha na podróże lotnicze, za to idealna na wycieczki szkolne. Panna też była zadowolona, że ma wersję dziewczyńską, a nie szare czy czarne jak większość dzieciaków. Cała klasa ma jasnozielone czapeczki. Myśmy do Łucji doprasowały błyszczące serduszko, ale widziałam, że niektóre dziewczynki doczepiły sobie przyciski (buttony) i to też dobrze wyglądało.
Ja wewnętrzną histerię miałam już od dawna a panna chyba znosiła to lepiej… Jak jej powiedziałam, że daję jej same leginsy za kolana, bo będą najwygodniejsze, to mi powiedziała, że chce też sukienkę bo MA BYĆ DYSKOTEKA. A dziś rano po prostu wykrzyknęła: Jestem taka strasznie rozemocjonowana! Ma przy sobie moją komórkę z moim numerem. Decyzja o zabraniu telefonów zapadła w ostatniej chwili, a moją komórkę dobrze zna, a na dodatek ja mam nielimitowane połączenia. Aparaty ma przechowywać wychowawczyni, lecz w autokarze dzieci je jeszcze miały bo o 9-tej dzwoniła 🙂
Jakby nie było, rano odprowadziłam ją pod szkołę; wstawiłam do bagażnika walizkę; usadziłam z koleżanką; a ona ze środka mnie wygoniła mówiąc: Idź już sobie. 🙂 Zabawnie było, że jak autokary odjechały jeden z tatusiów wykrzyknął: Wolne!!! Kto robi grilla?!? I tych okrzyków wolnościowych pojawiło się więcej.

