Spinkomania

Zrobiłam dzieciakom w sobotę na imprezie warsztaty spinkowe. Były same dziewczynki + Mieszko, który włosów długich nie ma i spinek nie nosi, ale u pań to lubi i zawsze spina włosy sąsiadce (w moim wieku 🙂 Ochotę miałyśmy na taką zabawę DUŻĄ i rekwizyty były wielokrotnie (WCZEŚNIEJ :)) oglądane:

Nie mam pomysłu jakich umiejętności to uczy oprócz dobierania kolorów i pińcetowago zastosowania palców 😉 Ale idea takich warsztatów wywoła całkowity dziewczyński zachwyt 🙂

Potrzebne są metalowe spinki (dziś oglądałam takie w jednej hurtowni i jest tego duży wybór) oraz ozdoby. Do spinek można przyczepić koraliki, guziki, szydełkowe kwiatki, małe figurki czy nawet klocki 😉 Ważne jest by nie użyć za dużo kleju, bo spinka się sklei. Panny przyklejały głównie plastikowe ozdoby i szklane koraliki.

<><>

Łucja przeczytała fragment Białej gorączki Hugo Badera. Wcześniej wciągnęła gdzieś cichaczem 1 komiks Thorgala 🙂 Trzeba zdaje się zacząć książki przed dzieckiem chować… W sumie rozumiem, bo te dorosłych zawsze się ciekawsze wydają :)) Z tą Białą gorączką to wybrała sobie losowo rozdział o 17-letniej miss zarażonej Hiv, która najbardziej na świecie żałuje, że nie może karmić piersią córki. I weź potem wytłumacz 7-latce o co w tym wszystkim chodzi…

Na swojskiej śmietanie chowane…

Za nami pierwsze planowane na ten rok odwiedziny u lekarza-specjalisty. Badane było serce Łucji i Mieszka. Rok roku temu badanie echa serca miała robiona Lila. Babka, która przeprowadzała ten zabieg zapyta przeze mnie czy warto to zrobić pozostałej dwójce, odpowiedziała: Warto. Mamy urządzenia, które pozwalają nieinwazyjnie zbadać serce i zanim dziecko zacznie uprawiać sporty czy jeździć samo na kolonie warto to sprawdzić. Poza tym mamy w rodzinie przypadek dziadka Samuraja, który ma poważne sercowe problemy i tak naprawdę nie wiadomo dlaczego. Ze względu na wiek można założyć, że to problemy nabyte, ale przecież nie badał sobie wcześniej serca. Jak zresztą nikt w jego, a co tu mówić i w naszym pokoleniu.

I chociaż po drodze trafiłam na lekarza, który uważał takie badanie za rzecz niepotrzebną, to chciałam je zrobić. W planie a) miałam robić badanie co roku kolejnemu dziecku, ale jak zadzwoniłam w listopadzie i pierwszy wolny termin (nie refundowanego jakby nie było zabiegu) był na luty to powiedziałam: Pani mi zapisze od razu dwójkę. No bo skoro i tak to chciałam zrobić, to niech to nade mną nie wisi.

Wszystko wyszło w porządku. Łucja to nawet nie ma szumów, które występują u 97% dzieci. Ma natomiast jakieś takie ścięgno/włókno (i lekarka mi je nawet fachowo nazwała), które jest odpowiedzialne za szumy i one mogą wystąpić. I mamy się tym wtedy nie martwić.

U ani jednego, ani drugiego dziecka serce nie ma już cech z okresu życia płodowego. Wszystko jest wykształcone i uformowane. Nie ma też przeciwwskazań do wyczynowego uprawiania sportów. Nie planujemy, ale to bardzo dobra wiadomość! 

<>><<>

Spacerowo z ww dwójką. Panną Szczerbą, panem Nie-Lubię-Śniegu oraz z radosnym Kocham-Śnieg psem.

uhu-ha~!

Wyszłam dziś z psem na spacer i tak idę przez te ścieżki wydeptane w śniegu i miga mi coś kolorowego na psich nogach. Getry?? Zatrzymałam zwierzę i patrzę bliżej, a to okazało się gumki do włosów. Założyła Lila wczoraj Sziwie takie ozdobniki i biedny pies przespał w tym całą noc. Ale za to jak ładnie rano wyglądał na spacerze! 😉

Zoom na piętrówkę z podłogi:

Co kryje saszetka…

Jestem opętana wizją rozgryzienia systemu co kryją Lego-saszetki. Wiecie jak to jest… Saszetka jest mała, nieprzezroczysta i równie tajemnicza jak zabawka w jajku z niespodzianką. Tyle, że wiesz, że losujesz jedną z 16 figurek. Figurki są fajne i fajniejsze i oczywiście lepiej wyłowić tą fajniejszą, tylko skąd wiedzieć która to?

Sprawę zaognił jeden nie tak daleki supermarket. Przejrzałam gazetkę i widzę: Wow… W koszach po 4 zeta będą Lego-figurki. I to nie byle jakie, a 11 seria, czyli ta, która weszła chwilę przed świętami! Cena niesamowita. Nawet sądziłam, że to błąd chochlika, bo aż wydało mi się to niewiarygodne! Standardowo kosztują koło 10 PLN, czyli nie trzeba wielkiej matematyki by wiedzieć, że w cenie dwóch mam 5. Tyle też wzięłam przy pierwszych zakupach i bach! Na pięć losowo wybranych saszetek mam dwie bawarki :/ 

Zaczęłam więc te saszetki podświetlać. Ledowa lampka prześwietla na wylot i działa trochę jak rentgen, ale to nie miarodajne, bo klocki są jeden na drugim i kontury się zacierają. Kody są takie same, ale można stosować system kropek. Aaaale, jak to mówi sam odkrywca systemu, kropki nie zawsze się zgadzają (chociaż to bardzo szybka metoda). W pierwszym zestawie moich 5 figurek z 11-stki kody zgadzały się w stosunku do dwóch saszetek. Kobiety naukowca i jednej z bawarek.

Podobno by mieć gwarant wszystkich figurek trzeba by kupić paczkę nieotwieraną fabrycznie zawierającą 60 saszetek. Nie do zrobienia. Szukałam więc metody dalej (dopóki trwa promocja 😉 I najlepsze jest jednak stare i tradycyjne zmacanie. Polecam więc odwiedziny u wspomnianego już internauty i zapoznanie się z cechami charakterystycznymi.  Dziś tak macając saszetki udało mi się wynaleźć zamawiane przez dziewczyny: skrzata (charakterystyczny duży kwadratowy klocek), yeti (lody i kanciasta głowa) i piernik (kubek i brak klasycznej głowy). Nie namierzyłam babci z kotem, ale omyłkowo biorąc go za kelnerkę wzięłam policjanta. Najważniejsza przy szukaniu była ściąga z wszystkimi figurkami. Patrzyłam na nią i łatwiej mi było zwizualizować co kryje się w środku… Tadaa!!! Będę jeszcze macać 😉 Btw. nie ja jedna 😉 Tam przy tych koszach zawsze stoi takie towarzystwo z nieobecnym wzrokiem palcującym te saszetki :))

Zrobiłam domek dla mojej dłoni

Łucja do Diabla 🙂

Męczyła dziś ciocia Diabla swojego siostrzeńca… Po co Wy te dzieci tak na te warsztaty ciągacie? Przecież Mieszko nic z tego nie zapamięta [to moje ulubione]. A zresztą czy nie wolicie się w tę sobotę czy niedzielę wyspać? Ano, pewnie wolelibyśmy. Ale dziś jak tak rano próbowałam się chwilę skimać to akurat dziewczyny ustawiły podium i uczyły Mieszka ubranego w skrzydła biedronki latać 🙂 40 cm to niby nie wysoko, więc pomysł przedni, ale jak to już odkryłam to doszłam do wniosku, że jednak wstanę :)) Inna sprawa, tak na serio, to sobie myślę, że dopóki poniedziałek-piątek nie pracuję to chcę te weekendy wykorzystywać maksymalnie. Potem nie będę mieć czas by wyszukiwać atrakcje, a i może pobyć będę chciała w domu.

Jakby nie było dziś robiły z gliny. Wysłuchały prelekcji o brazylijskich post-modernistach, obejrzały zdjęcia nagich gości co wchodzą w pień drzewa i znikają i obejrzały worki cementu i inne śmieci, które posłużyły jako inspiracja do architektonicznych projektów. A potem miały COŚ odlać w formie (to jakaś taka guma była, która zastygła w ciągu 90 sekund, po włożeniu do niej ręki). Cała trójka do kubka z formą władowała własne dłonie, a potem zalaliśmy to szybkoschnącym gipsem. W czasie gdy schło budowały otoczenie powstającego projektu. Z bibuły powstało jezioro (Lilka miała koncepcję, że jej dłoń będzie niczym statua Wolności), albo ogród (Łucza). Mieszko zrobił plener na po obu stronach sklejki i nie wiemy za bardzo jaka była idea… Ważne, że proces tworzenia mu się podobał 😉

Tu Łucja wydłubuje resztki gumy ze swojego odlewu:

I uchachany pan M 🙂 Jego DŁOŃ ma wyprostowane palce. W ostatniej chwili stwierdził, że boi się do kubka włożyć rękę, a masa szybko zastygała. Włożyłam więc i 40 sekund przytrzymałam 😉 Jak widać wystarczyło. Gipsowe dłonie panien mają zaciśnięte pięści, ale nie jakoś bardzo mocno. Lilki ma takie O z kciuka i wskazującego, za to Łucji odlała się najdokładniej 🙂

Karnawał z koniem w tle…

Wczoraj w Chinach rozpoczęły się obchody Chińskiego Nowego Roku. Zabawa potrwa tydzień. Żegnamy rok węża, a ruszamy z Rokiem Konia. To zresztą rok Diabla 🙂 U nas zabawa rozpoczęła się dziś (wiecie, strefa czasowa i te sprawy 😉 chwilę przed 9 rano na balu w szkole Łucji. Panna wybrała w tym roku strój Indianki. Gapa ze mnie straszna, bo miałam jej zrobić pręgi na policzkach (takie barwy wojenne), ale zapomniałam. Ocknęłam się dopiero jak ją zobaczyłam na sali gimnastycznej z innymi dziećmi :/ Usprawiedliwia mnie kunszt z jakim zaplotłam jej warkocze (!!!), w które wplotłam wstążki ozdobione piórami (widać to niestety słabo :))

Tak na marginesie to świetny termin na bal. Szkoła ma do odpracowania dwa dni i jeden z tych dni zajął właśnie bal karnawałowy. Extra! Wiadomo, że w sobotę to ani się uczniom nie chce uczyć, ani nauczycielom pracować, a bal to wiadomo inna sprawa!

A zaraz po balu z kopyta ruszyły przygotowania do imprezy u nas w domu. W gronie sąsiedzkim świętowaliśmy już po raz drugi Chiński Nowy Rok 🙂 Użyłam mojego nowego obrusu i ozdobiłam dom zielonymi pomponami (kolory na ten Rok Konia to zielony i brązowy). Do jedzenia zrobiłam sprawdzone patenty, czyli warzywne curry i zupę marchwiową z pomarańczami i imbirem oraz zapodałam na deser mięczaka czekoladowego (czyli dużo czekolady i masła orzechowego). A pamiętacie szklane koniki? Goście dostali je na odchodne – idea jest taka, że jak będą u nas co roku to za 12 lat uzbierają cały chiński zodiak! :))