talenta

Po planowych punktach „soboty tradycyjnej”, czyli plastyce (dzień z masą solną) oraz łyżwach (zapomniałam zapakować kaski i mieliśmy o to konkretną małżeńską awanturę) podjechaliśmy do jadłodalni. Tym razem ze względu na to, że w zestawach dziecięcych pojawiły się kubki z najnowszego filmu Lego, wybór knajpy był uproszczony.

Zamówiłam więc trzy happy meale i kawę i tak staliśmy się posiadaczami kubków z Emmetem, Kicią Rożek i Żyletą… Ale nie był to koniec klockowych zdobyczy!

Wróciliśmy do domu i zorientowałam się, że nie mogę zrobić risotto, bo chociaż mam wszystkie składniki typu szpinak czy gorgonzola, to nie mam ryżu Arborio. Podskoczyłam więc szybko do sklepu, a skoro byłam bez dzieci to tak niezauważenie zniosło mnie na klocki. Jutro panny mają ostatnie zajęcia z eksperymentów i chciałam by dały pani figurkę laborantki ze zlewkami. Jak zaczęłam macać serię 11-stą (szukając dwóch fiolek) to znalazłam też figurę z jedną fiolką (czyli kelnerkę z pucharem), a że dziewczyny chciały wrotki to również ją wzięłam.

A potem już wychodząc otarłam się o kosz z figurkami z movie i dałam sobie 5 minut na zmacywanie i wyłowiłam Żyletę w stroju Wild Wild West (charakterystyczna duża spódnica i brak karabinu) i misia pandę (głowa z uszami). Dokładnie to co miało być 🙂 W tej sytuacji czuję się mistrzem palcowania saszetek 🙂 No dobra, Diabli twierdzi, że wybieram sobie najprostsze w serii, ale 100%-owa trafienia to brzmi nieźle. Aczkolwiek rzeczywiście nie wiem po co mi ta umiejętność 🙂