
Wczoraj w Chinach rozpoczęły się obchody Chińskiego Nowego Roku. Zabawa potrwa tydzień. Żegnamy rok węża, a ruszamy z Rokiem Konia. To zresztą rok Diabla 🙂 U nas zabawa rozpoczęła się dziś (wiecie, strefa czasowa i te sprawy 😉 chwilę przed 9 rano na balu w szkole Łucji. Panna wybrała w tym roku strój Indianki. Gapa ze mnie straszna, bo miałam jej zrobić pręgi na policzkach (takie barwy wojenne), ale zapomniałam. Ocknęłam się dopiero jak ją zobaczyłam na sali gimnastycznej z innymi dziećmi Usprawiedliwia mnie kunszt z jakim zaplotłam jej warkocze (!!!), w które wplotłam wstążki ozdobione piórami (widać to niestety słabo :))
Tak na marginesie to świetny termin na bal. Szkoła ma do odpracowania dwa dni i jeden z tych dni zajął właśnie bal karnawałowy. Extra! Wiadomo, że w sobotę to ani się uczniom nie chce uczyć, ani nauczycielom pracować, a bal to wiadomo inna sprawa!


A zaraz po balu z kopyta ruszyły przygotowania do imprezy u nas w domu. W gronie sąsiedzkim świętowaliśmy już po raz drugi Chiński Nowy Rok 🙂 Użyłam mojego nowego obrusu i ozdobiłam dom zielonymi pomponami (kolory na ten Rok Konia to zielony i brązowy). Do jedzenia zrobiłam sprawdzone patenty, czyli warzywne curry i zupę marchwiową z pomarańczami i imbirem oraz zapodałam na deser mięczaka czekoladowego (czyli dużo czekolady i masła orzechowego). A pamiętacie szklane koniki? Goście dostali je na odchodne – idea jest taka, że jak będą u nas co roku to za 12 lat uzbierają cały chiński zodiak! :))

