smaki i smaczki

  • Pycha… Łuczku, chodź spróbuj czy mi dobry rosół wyszedł!
  • Dobry, ale wiesz mamo, smakuje dokładanie tak samo jak Twoje wcześniejsze rosoły.
  • Wiem. Dlatego mi tak smakuje :))

<><>

Nieoczekiwanie i na gwałtu-rety załapałyśmy się dziś na bardzo fajne wydarzenie. Meil z informacją o imprezie wraz z zaproszeniem przyszedł po 15-stej, a pół godziny później po burzy mózgów z Diablim jechałam sama z dziewczynami na kolejną przygodę. Wystawę, spotkanie, showroom polskich twórców nowoczesnego dizajnu. Zanim przejdę dalej kwaknę tylko, że nie lubię jak mi wpada atrakcja w drugiej połowie dnia bo w samochodzie Lilka zawsze mi zaśnie, a Łucja wpadnie w rozpacz, że ona nie wie gdzie jesteśmy więc chyba się zgubiłyśmy. Ale było warto. Można było obejrzeć i kupić całą masę pięknych przedmiotów. Ceny zaporowe, więc zakupowo przejrzałyśmy głównie punkty polskich wydawnictw dla dzieci, gdzie Mieszko zarobił książkę na pocieszenie , że go z nami nie ma 🙂

Były żarówki o cudacznych kształtach, były cudowne ręcznie robione zabawki, żyrandole ze styropianu, meble vintage i gadżety PRL-u. Strasznie podobały mi się takie niskie okrągłe kubki, jakie napewno kojarzycie z przedszkola z różnymi logo (schronisk, domów wczasowych i sanatoriów). Fantastyczna była sala z plakatami i sitodrukiem. Printy, czyli plakaty różnych rozmiarów wisiały jak zaczepione na takich wieszakach jak dywany i trzeba była je przesuwać by przejrzeć. W tej sali spotkałyśmy zresztą babkę, która prowadziła warsztaty sitodruku, w których panny wzięły udział.

Były sale gdzie wykładano historię polskiego dizajny i pomieszczenie dla dzieci, gdzie powstawała wielka futurystyczna instalacja z torebek foliowych. Można tam było kupić audiobooki dla dzieci, które sprzedawały babki łapiąc przechodzące dzieci i zakładając im wielkie nauszniki na uszy 🙂

Mi się podobało. A pannom? No cóż, pora była nie ich, ale są zadowolone. Łucja najbardziej z belgijskich frytek sprzedawanych z wozu przed wejściem (Diabli twierdzi, że wyjątkowy smak zawdzięczają bawolemu smalcu na jakim są smażone), a Lila z podróży autem (bo nareszcie się wyspała 😉