Podobno by zrobić dobrą gęś potrzeba tylko soli, pieprzu i dużo majeranku. Ja za poradą Kuronia nafaszerowałam ją też jabłkami, bo podobno wtedy nie wysycha i przechodzi aromatem owoców. Marynatę wzbogaciłam o miód, czosnek i brandy (w oryginale była jałowcówka, ale okazało się, że nie mam beherowki, więc użyłam tego co było) oraz podlewałam piwem.
Pomysł cyklicznych listopadowych spotkań krążył mi po głowie od kilku lat. Zaczęło się od Thanksgiving, których idea mi się bardzo podoba, i jak by nie było wypada w 3-ci czwartek listopada (a Amerykanie stacjonujący zawodowo i towarzysko w Polsce obchodzą to w 3-ci weekend listopada). Mamy Beaujolais nouveau, które przypada na ten sam dzień, no a od św. Marcina (czyli od 11 listopada) dobra gęsina. Jest sezon na dynie i inne bulwiaste, a jeśli to nie wystarczające okazje to w listopadzie wypada też Guy Fawkes Day (i o wystrzały petard można kolejne edycje spotkań wzbogacić), no i rocznice Rewolucji Październikowej i Listopadowej 😉
Zaprosiliśmy więc rodzeństwa, rozłożyłam obrus w pomarańczową kratę i powiem Wam, że to niezwykłe, ale 6 dorosłych osób wystarczyło by pochłonąć 5-kilogramowego ptaka 😉 Dzieci zjadły coś innego, ale gęś zarejestrowały. Najpierw jeden dzień się rozmrażała (lepiej kupić mrożoną, bo gęś jak dziczyzna zamrożona kruszeje), potem drugi marynowała, no a potem piekła roztaczając niesamowity zapach (po 50 minut na każdy kilogram wagi).
Uczestnicy mieli coś przynieść. Siostra Diabla została obciążona zupą dyniową, którą robi doskonałą, a mój brat szarlotką, która jego żonie wychodzi wybitna. My od nas zrobiliśmy też buraczki, sałatkę z kapusty kiszonej i ugotowaliśmy 2 kg sypkich żółtych ziemniaków (za mało :)) Bardzo jesteśmy ze spotkania zadowoleni, leżymy teraz objedzeni przed telewizorem i jest nam dobrze :)) Pies śpi objedzony resztkami i podejrzewam kot sąsiadów, który wpadł do nas zwabiony zapachami też :DD. Chwilę myślałam jaką nazwę nadać temu nowemu świętu i wymyśliłam Spotkania Przy Gęsinie. Kolejna edycja za rok ;))
Before&After
Kompozycja z kiszoną kapustą i dynią (btw. zapomnijcie o przepisie jaki Wam podawałam, bo jest słaby – podam Wam kiedyś lepszy!). Jeszcze przed wjazdem ptaka, który zanurzony w brytfannie w tych piwo-tłuszczach ważył chyba z 10 kilo!

Oraz goły korpus dnia następnego. Obrałam do końca z mięsa i z te resztki wylądują w białym sosie na dzisiejszy obiad.

