W kategorii POLECAM

Dostałam od Krzycha kobyłę do tłumaczenia. I siedzę i dłubię w tym cały dzień. Nie jestem nawet w połowie, a dzień zleciał :((( Diabli przejął kontrolę nad dziećmi, zabrał całą trójkę na plastykę, a potem do kina. I żal mi, bo film im wybrałam przedni. Przekopałam repertuar i najlepszy wydał mi „Kraina Lodu”. Świąteczna produkcja Disneya, ci sami ludzie robili co Zaplątanych i sam trailer dystansował wszystkie inne. 

I Diabli potwierdził, że film wspaniały, piękny i wzruszający. Wieczną zimę ma pokonać miłość. I myśli ta królewna, że to miłość do mężczyzny… A okazuje się, że to miłość do siostry. Sami więc rozumiecie, że trafiliśmy doskonale! 😉

Z nieba lecą jakieś białe kropki… ŚNIEG???

Mieliśmy zebranie w szkole. Dostaliśmy namiary do logowania na e-dziennik, gdzie możemy sobie zaznaczyć powiadomienie sms-em, jeśli naszego dziecka nie ma w szkole (przechlapane ma współczesna młodzież 😉 Lecz jak minęły fascynujące tematy typu prezenty mikołajkowe wypłynął temat sklepiku. Temat rzeka… I ogólnie większość rodziców jest z niego niezadowolona. Bo to skarbonka bez dna, o czym nawet świadczy poruszony wątek: ile pieniędzy dawać dzieciom do szkoły?. Nas to nie dotyczy, bo Łucja do sklepiku NIE chodzi. Jak się pojawił powiedziała, że chciała by tam sobie coś kupować. Zapytałam: co? Usłyszałam: czipsy i… temat uznałam za zamknięty. Bo w asortymencie są słodycze, gazowane napoje czipsy i pączki. Wszystko kolorowe, sztucznie barwione i (ok, oprócz pączków) naszpikowane E. Mają Ludowcy od roku gotowy projekt wycofania śmieciowego jedzenia ze szkół i mam nadzieję, że im się to uda, bo wiele krajów się już na to zdecydowało.

<><>

Z cyklu psi żywot 😉 

Btw. znalazłam pierwsze zdjęcie Sziwy w naszym domu. Sylwester 2006/2007 kiedy robiliśmy za jej nianię, bo jej właściciele poszli na jakieś balety, a ona jak każdy pies nie przepada za wystrzałami. Fota ważna o tyle, że Łucza miała wtedy 4 miesiące :DD Jeszcze sypialnia miała żółte ściany :)))

detox był trudny, lecz przebudzenie gorsze…

Laptop is back. Problem okazał się nie tyle sprzętowy, lecz programowy. Windows 8 i jego aktualizacja windows 8.1. Nawet przez chwilę planowałam powrót do 7-mki, bo na All można cały czas kupić, ale doszłam do wniosku, że skoro we wrześniu ma Windows 9 to nasz kolejny komp pewnie będzie miał 9-tkę, a cofać się nie wolno.

Ponadto samsungi mają szybkie butowanie (nie mam pojęcia jak to się pisze), więc po uruchomieniu kompa nie ma możliwości przejścia do biosu, może się natomiast udać sformatowanie przy uruchomieniu konkretnej aplikacji.

  • Formatowanie? -zapytałam przerażona. Z obsługi aparatu foto, wiem, że to oznacza SKASOWANIE. – Ale to przecież ja stracę wszystkie dane!!!
  • Dokładnie. Zostanie usunięta zawartość całego dysku C.
  • Ale tam są rzeczy, które chcę zachować!
  • Już i tak ich nie ma. Nie ma innej możliwości.

No więc wyraziłam na to zgodę. Niczym Carry z Sexu w Wielkim Mieście nie posiadałam kopii zapasowych na zewnętrznym dysku więc wszystko przepadło. Ale nie jest tragicznie. Fotografie czyli rzecz nieodnawialna są jeszcze na aparacie. Wcięło listę prezentów świątecznych, ze dwa dokumenty, które stworzyłam w międzyczasie, ale są mi niepotrzebne, misterny bizness plan mojego wielkiego projektu (stworzę jeszcze raz) i projekty kalendarzy dla dziadków gotowe do wysłania (podłubię w tym ponownie). Bardziej rozpacza Diabli bo wcięło jego excelowe pliczki w których co miesiąc rozpisuje nasze wydatki. Prognozy i plany.  Ach no i w życiu nie dojdziemy na którym odcinku zarzuconego we wrześniu Person of Interest byliśmy. 🙂

<><>

Odwiozłam Diabla rano na dworzec. Zimno, wieje i zdaje się mży… Mamy 9 minut czekania. Sam mnie podganiał, a teraz muszę z nim sterczeć. Ale mąż pierwszy zagaduje:

  • Posiedzę jeszcze chwilę.
  • No siedź. Ale wiesz mi tak tam w domu kawa zbożowa stygnie…
  • A kanapka z cheddarem się starzeje. 🙂
  • No właśnie! 🙂
  • Więc jeszcze posiedzę 🙂

Szajsung

Stało się jasne dlaczego sąsiad mówi na samsungi szajsungi… Kupiony w kwietniu laptop padł. Panowie z infolinii są przemili, ale nie wiadomo ile bitwa gwarancyjna będzie trwała. Co za tym idzie staliśmy się domem bez laptopa, wiec blogowe wpisy będą chwilowo krótsze, bo pisanie na tablecie to większa lipa.

<><>

I zgubił  (i znalazł) się nam pies. Wywalałam wczoraj śmieci i wyszła ze mną. Pytam: Chcesz na pole? Zamerdała, więc otworzyłam jej furtkę. Wysikała się i stanęła za płotem. I stoi i nie reaguje. Wołam, głaskam przez te przęsła, ale się nie rusza. Myślę, może coś z łapą, ale potrząsam przez płot tymi łapami i okej. I ona stoi. Więc myślę: Może ma jakąś fiksację na punkcie płotu, pójdę przyniosę jej ziemniaka z obiadu. Poszłam, wracam, a jej niet. Z 40-ści minut szukaliśmy jej z Diablim obrzucając się winą. Była na sąsiedniej budowie raczona kanapkami przez panów budowlańców 🙂 Żarłoczny gatunek te psy :))

Śniadanie to ważny posiłek!

Śniadaniówka Łucji to coś co niezmiennie budzi emocje u znajomych ze szkoły. Otwiera, a dzieci wokół się pytają: Co masz dzisiaj w śniadaniówce? Nieskromnie powiem, że jak patrzę, że dzieci przychodzą do szkoły z paczką czipsów to czuję się matką wybitną, ale wiem też że jak już trójka będzie chodzić z plecakiem to przejdziemy na zakupy w hurtowni. Będziemy kupować zgrzewki soczków, przecierów owocowych, a nawet jogurtów. 

Inne mamy pytają się mnie gdzie kupić pudełka z małymi przegródkami, ale odpowiadam raczej wymijająco, bo gdy mówię prawdę patrzą na mnie ze zbyt dużym zdumieniem (niepotrzebnie bo tak jest i ekonomiczniej, i ciekawiej). A ponieważ ubiegłoroczne lunchboxy się już Łuczy trochę zużyły (codziennie lądują w zmywarce) zamówiłam kolejne. Przy okazji okazało się, że podobnie jak z tornistrami nie ma co tego kupować we wrześniu, bo listopad jest i tańszy i oferujący szerszy wybór. Z obecnym składem pojemników rozpoczniemy kolejny rok szkolny i będzie ich na tyle, że starczy dla obu dziewczyn (bo Lila czy to w szkole, czy w szkolnej zerówce będzie śniadaniówek potrzebować). A za rok o tej porze odnowię flotę.

Dziś Chciałam się Wam pochwalić moim zakupowym kunsztem 😉 Tym razem kupowałam na japońskim czymś podobnym do amazona. Wszystko było w krzaczkach i na dodatek cała korespondencja od sprzedającego była po japońsku 🙂 Ale dałam radę zapewniając sobie sporą dawkę emocji. Baa, na nawet confirmation meil przyszedł cały (z tytułem!) po japońsku. Wkleję Wam kilka print screen mojego koszyka z zakupami :)). Jak widać oni nawet stylistykę mają inną – tam pokazuje sie PEŁNE śniadaniówki, a nie sterylne pojemniki. Zamówienie złożyłam 12-stego i pocztą doszło wczoraj. W pudełku była faktura – pokazałam Diablowi z pytaniem: Odliczysz to sobie jakoś? Spojrzał na stronę wypełnioną krzaczkami i odpowiedział: Nie ma na to szans 🙂  Zestawy śniadaniowe Łucji wkleję jakoś w przyszłym tygodniu 😉

„Różne są drogi do czytania…”

Trudno mi powiedzieć w którym momencie Łucja zaczęła czytać. Napewno rok temu gdy okazało, że w zerówce dzieci czytają, był z tym duży problem. Ja miałam za złe wychowawczyni, że przyklasnęła idei klubu czytelnika i towarzyska Łucja, która do niego nie należała, była trochę poza nawiasem klasy. Tym bardziej, że w ten oto sposób nauka czytania dziecka spadła na mnie. Próbowałyśmy więc różnych technik. Nurzania w słowach, czyli czytania z dzieckiem i podkreślania palcem słów, by zapamiętywało układ; literowania szyldów i ulicznych napisów i książeczek do nauki czytania. Lecz o ile literki złapała szybko, to nie umiała przeskoczyć z łączenia sylabami w tworzenie słowa. Mówiłam jej: w którymś momencie to złapiesz, coś pstryknie w głowie i będziesz umiała czytać! Ale ona i tak się tym strasznie przejmowała i nauka, choć ją nie podganiałam (bo przecież to była tylko zerówka) nie była przyjemna.

Ale na tegorocznych wakacjach Łucja już czytała ładnie. Ona sama twierdzi, że najbardziej pomógł jej znaleziony gdzieś w domu elementarz. Jestem pewna, że Lilce pójdzie łatwiej, tym bardziej, że Łucja jak przystało na starszą siostrę malucha cały czas uczy. Wszystkiego.. w tym czytania!

Natomiast w sobotę jak trafiłyśmy na ten dizajnerski event, to odkryłam całą masę książek wartych przeczytania dziecku i przez dziecko. Kręciłam się do tej pory w kręgach literatury skandynawskiej, a tu okazało się, że mamy sporo własnych i na dodatek co roku jest przeprowadzany konkurs KSIĄŻKA ROKU dla dzieci i ja w ogóle o tym nie wiedziałam. Można tam było kupić nowości wydawnicze, dostępne na rynku od tygodnia, dwóch i jak sprawdzam to pomijając dwie największe księgarnie w necie tego jeszcze nie można dostać! 

Ale zanim przejdę do konkretnej listy linknę Wam (i sobie by mi nie zginęło) jeszcze namiary na jedną rzecz. Słuchałam ostatnio niesamowitych audiobooków. Wydawnictwo, które je wypuszcza, głosi, że różne są drogi do czytania, ale najważniejsze jest otoczenie literaturą i słowami, bo wtedy ta umiejętność przyjdzie sama. Tu księgarnia z tymi cd i czekamy na dzień darmowej dostawy 😉

<<><>>

Pierwszoplanowy must have:

  • Podwodny świat – dzieciństwo i losy pioniera oceanografii Jacques’a Cousteau. Pięknie wydana, stron (to ważne, bo to info, czy nada się do samodzielnego czytania dla początkujących) 32.
  • Zielony i nikt – mistyczne, bajkowe i sugestywne: „W środku lasu, na porośniętej mchem polanie, znajdowała się stara studnia. (…) Na dnie starej, wyschniętej studni mieszkał Nikt. Nie wiadomo, skąd się tu wziął. Po prostu był i już. Nie opuszczał nigdy swojej kryjówki i chyba nawet nie wiedział, że istnieje coś poza nią…”
  • Książka z dziurą – to coś co nada się dla Mieszka. Wielka księga z dziurą po środku. Nawet nie czytanie, a stymulowanie wyobraźni.  Z dziury może zionąć smok, albo wyrosnąć wieżowiec na pustyni…
  • Powidoki -to jedna z cyklu książek opartych o dzieła malarskie. Ta akurat to historia o promieniach słonecznych, które zawędrowały na ziemię.
  • Pamiątka z Paryża – kolejna z cyklu, która mówi o metalowych prętach, które wyrosły wokół wieży Eiffla. Obie od 8 roku życia, po ok. 48 stron, czyli na za rok 😉
  • Bajka i Majka- też laureatka nagród książkowych- losy pchełki, która skoczyła na pluszaka i nie wie jak wrócić. 

niedziela 29

Stek zrobiony z przez męża, dzieci z Diablim na teatrzyku i chwila spokoju dla mnie. Zanim zabrałam się za różne tam takie domowe rzeczy kliknęłam na niezły artykuł.” Stamtąd :

„Mądrą rzecz powiedział mi kiedyś facet z London School of Economics, że najwięcej zarabia się na zarządzaniu ryzykiem. Jeśli ktoś sprzeda mi pewność, że ta laska na mnie poleci, to ja kupię tę pewność za każde pieniądze. Nie trzeba produkować całego tego hardware’u, wystarczy software, przyjemność.”

smaki i smaczki

  • Pycha… Łuczku, chodź spróbuj czy mi dobry rosół wyszedł!
  • Dobry, ale wiesz mamo, smakuje dokładanie tak samo jak Twoje wcześniejsze rosoły.
  • Wiem. Dlatego mi tak smakuje :))

<><>

Nieoczekiwanie i na gwałtu-rety załapałyśmy się dziś na bardzo fajne wydarzenie. Meil z informacją o imprezie wraz z zaproszeniem przyszedł po 15-stej, a pół godziny później po burzy mózgów z Diablim jechałam sama z dziewczynami na kolejną przygodę. Wystawę, spotkanie, showroom polskich twórców nowoczesnego dizajnu. Zanim przejdę dalej kwaknę tylko, że nie lubię jak mi wpada atrakcja w drugiej połowie dnia bo w samochodzie Lilka zawsze mi zaśnie, a Łucja wpadnie w rozpacz, że ona nie wie gdzie jesteśmy więc chyba się zgubiłyśmy. Ale było warto. Można było obejrzeć i kupić całą masę pięknych przedmiotów. Ceny zaporowe, więc zakupowo przejrzałyśmy głównie punkty polskich wydawnictw dla dzieci, gdzie Mieszko zarobił książkę na pocieszenie , że go z nami nie ma 🙂

Były żarówki o cudacznych kształtach, były cudowne ręcznie robione zabawki, żyrandole ze styropianu, meble vintage i gadżety PRL-u. Strasznie podobały mi się takie niskie okrągłe kubki, jakie napewno kojarzycie z przedszkola z różnymi logo (schronisk, domów wczasowych i sanatoriów). Fantastyczna była sala z plakatami i sitodrukiem. Printy, czyli plakaty różnych rozmiarów wisiały jak zaczepione na takich wieszakach jak dywany i trzeba była je przesuwać by przejrzeć. W tej sali spotkałyśmy zresztą babkę, która prowadziła warsztaty sitodruku, w których panny wzięły udział.

Były sale gdzie wykładano historię polskiego dizajny i pomieszczenie dla dzieci, gdzie powstawała wielka futurystyczna instalacja z torebek foliowych. Można tam było kupić audiobooki dla dzieci, które sprzedawały babki łapiąc przechodzące dzieci i zakładając im wielkie nauszniki na uszy 🙂

Mi się podobało. A pannom? No cóż, pora była nie ich, ale są zadowolone. Łucja najbardziej z belgijskich frytek sprzedawanych z wozu przed wejściem (Diabli twierdzi, że wyjątkowy smak zawdzięczają bawolemu smalcu na jakim są smażone), a Lila z podróży autem (bo nareszcie się wyspała 😉

Polish plumber jak zawsze niezastąpiony!

Trzy dni temu zapchał nam się zlew. Wg Diabla winna jestem ja, bo nie wyrzucam resztek czy fusów do śmietnika, a opłukuję naczynia pod wodą. Wg mnie winny jest Diabli, bo w swojej obsesji szorowania zlewu ciągle wyciąga sitko i go go nie wkłada z powrotem co ja odkrywam, jak dochodzę do dna góry talerzy w zlewie.

Dnia pierwszego stwierdziliśmy, że MOŻE spłynie.

Dnia drugiego doszliśmy do wniosku, że chyba tak się nie stanie, czas więc na jakieś działanie. Tym bardziej, że zmywarki też nie można było włączyć, bo pompowała do zlewu… Diabli pożyczył sprężynę do przepychania od sąsiada i zaczęliśmy kręcić. Wkręciliśmy całe 3 metry, potem Diabli zasilikonował rurę i zaczekaliśmy do rana, czy coś uległo zmianie.

Nic nie uległo, ale po drodze nawinęli się dwaj sąsiedzi, którzy zgodnie stwierdzili, że kret poradzi sobie najlepiej. Wsypać 3 naraz i pójdzie. Mi tak poszło!

Trzeciego dnia wyposażona w trzy krety rozpoczęłam walkę ja. Było tragicznie. Woda w zlewie była tak żrąca, że aż parzyła ręce. I gdy od tych oparów i irytacji wszystko zaczęło mnie swędzeć i wyglądem przypominałam moje zdjęcie w paszporcie zarządziłam: Chcę hydraulika! 🙂

Przybył szybko, z polisy, i zrobił mi ten zlew. Powiedział, żeby NIE UŻYWAĆ kreta, bo on się łączy w twarde nierozpuszczalne kamulce i jest potem nie do ruszenia! Pokazał mi takowe zresztą wyjęte z naszej kanalizacji…

Teraz? Jestem tak zachwycona, że już mam sprawną kuchnię, że aż zdjęłam firanki w dużym pokoju i zabrałam się za mega sprzątanie! Taki mi pędu nadał ten odetkany zlew! 🙂

potrzeby

Leżę w wannie, a Diabli ogląda swoją cerą przed lustrem:

  • Przez ten brak seksu mam cerę jak nastolatek…
  • Mhm…I co proponujesz?
  • Kup mi jakiś tonik 🙂

<><>

Puścił mi wczoraj mąż niezły filmik. To reklama zabawek dla dziewczynek-inżynierów. Goldieblox. Zabawek  (adresat to panny w wieku 5-9) niestety w Polsce nie kupisz, a i w Europie zbyt popularne jeszcze nie są. Ale są fantastyczne! 

Fajnie napisał o tym jeden netowy recenzent:

If 3 Little Girls Did This To My House, I’d Do Everything I Could To Get Them Full Rides To Stanford! 🙂