Z autopsji wiem, że ostatnie dwa tygodnie szkoły są dla uczniów miłe. Stopnie już wystawione, za wiele z ich poprawą nie zawojujesz, więc do szkoły chodzi się wyłącznie dla życia towarzyskiego. Myśli krążą wokół wakacji i szkolnych miłości. I jak nadchodzi godzina zero i dzwoni ostatni przedwakacyjny dzwonek, to chcąc nie chcąc uczniowie chociaż oddychają z ulgą, to wspomnienia mają dobre.
Szkoła w odsłonie następnej, czyli szkoła Łucji była dla mnie trudna. O ile przedszkole mnie zachwyciło, to szkoła przytłoczyła. Nie podobało mi się, że dzieci są rzucone na głęboką wodę, że wymaga się od nich samodzielności i wprowadza rywalizację. Tak jak w przedszkolu były cały czas chronione, otulane i wysłuchiwane, tak tu musiały sobie radzić sobie same. Musiały umieć same szczelnie się ubrać na długi spacer, musiały wiedzieć do jakiej sali przeszły dzieci podczas gdy było się u logopedy (była taka akcja, która mi się nie spodobała) i musiały nauczyć się siedzieć w miejscu długie godziny.
Aaale, jak patrzę na prace i zeszyty Łucji to widzę jak niewyobrażalny zrobiła skok. Są wielostronicowe równania matematyczne (dodawanie i znaki większości/mniejszości), są ciekawe plastyczne prace, są dyktanda i uzupełniania literami słów w zdaniach.
No i co najważniejsze Łucja szkołę lubi. Dumna jest z umiejętności czytania i tego, że jest najlepsza (no dobra, jest druga w klasie, ale to i tak jest 300% sukcesu). Po wakacjach cała placówka przenosi się do nowego budynku i to jest też ważne.


